Autor Wątek: Historia Johuna z Internally Invictus  (Przeczytany 143 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Johun Othone

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Żołnierz
  • *
  • Wiadomości: 25
    • Light Side
    • Zobacz profil
  • Gildia: Internally Invictus
  • Klasa: Jedi Consular - Sage
  • Nick: Johun
Historia Johuna z Internally Invictus
« dnia: Listopad 30, 2011, 18:23:35 pm »
Kantyna sąsiadująca z koszarami na Coruscant jak zwykle o tej porze była co najmniej przepełniona. Tradycyjnie, wszyscy żołnierze schodzący ze służby wstępowali tam na „jednego”. Tego wieczora wybitnie było co świętować a uwaga wszystkich zebranych skupiała się na kilku pilotach zajmujących największy i najlepszy (posiadający wszystkie cztery nogi) stolik w całej spelunce.
- ….a wtedy Johun zrobił zwrot przez lewe skrzydło i było już po nich. Nie mieli najmniejszych szans….
- Spokojnie Panowie wykonywałem tylko rozkazy. Zresztą jak my wszyscy. Poza tym to już trzeci raz w tym miesiącu natknęliśmy się na mandaloriańskich zwiadowców. Ich ignorancja i odmowa poddania się zaczynają mnie już delikatnie nudzić. Za każdym razem jest tak samo: rzucają się do bezmyślnego ataku i giną wiedzeni swoim bezdusznym kodeksem honorowym.
- Faktycznie tak to wygląda, ale Johun skąd tyle o nich wiesz?
Johun Othone spojrzał na kolegów i ściszonym głosem powiedział:
- To proste. Jestem jednym z nich….
Przy stoliku pilotów zapadła cisza. Nagle dowódca eskadry wybuchnął gromkim śmiechem:
- Johun, niech cię diabli, prawie nas nabrałeś!!! Jakim cudem młody Jedi mógłby mieć coś wspólnego z tymi cuchnącymi sługusami Imperium?
- Zdziwiłby się Pan Kapitanie, tak jak ja się zdziwiłem, kiedy usłyszałem tę historię. Ale przecież nie będę zanudzał was smętnymi historiami swego dzieciństwa…
- Chłopcze nie zostawisz nas chyba w ten sposób? Jeśli powiedziałeś A… wiesz jak to mawiają…
- Niech wam będzie, ale lojalnie uprzedzam, że jeśli ktokolwiek zacznie chrapać gorzko tego pożałuje…
Moja historia zaczęła się kilka lat przed cudownym objawieniem się Mandalora. Wówczas to większość przedstawicieli tej specyficznej kasty wojowników zarabiała na chleb podejmując się dobrze płatnych ale niebezpiecznych zadań. Traf chciał, że pewien młody Mandalorianin o imieniu Jorann otrzymał zlecenie na Couruscant. Jego celem był senator Kalantus Othone, który zaangażował się kampanię przeciwko przemytnikom Huttów. Senator miał liczną i silną ochronę i tylko jeden słaby punkt- córkę Elorę. Tygodnie obserwacji utwierdziły Jorann’a w przeświadczeniu, że do senatora można najszybciej zbliżyć się właśnie za pośrednictwem naiwnej dziewczyny.
Za pośrednictwem przekupionego służącego przesłał Elorze list, w którym bardzo realnie powołał się na niby wspólnych znajomych i przelotne spotkanie na jednym z przyjęć. Początkowo znajomość ta opierała się jedynie na wymianie listów, a nielojalny służący nadspodziewanie szybko się wzbogacił. Jednakże czas naglił młodego zabójcę i udało mu się doprowadzić do spotkania z Elorą. Dziewczynie wystarczyło zaledwie kilka listów by się zakochać. Nic więc dziwnego, że szybko uległa tajemniczemu młodzieńcowi, którego otaczała aura tajemniczości.
Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany dla obojga dzień… z tym tylko, że każde z nich oczekiwało czegoś innego. Elora chciała przedstawić ojcu swego narzeczonego, natomiast Jorann miał zlikwidować swój cel. Do spotkania doszło w apartamentach rodziny Othone. Ze względu na temat spotkania cała ochrona została odprawiona i senator stał się praktycznie bezbronny. Mandalorianin lodowatym tonem oświadczył, że nie przybył wcale w celach matrymonialnych lecz aby zabić Kalantusa, po czym jednym strzałem pozbawił życia niedoszłego teścia. Elora szlochała i błagała aby zabrał ją ze sobą gdziekolwiek się wybiera, jednak on jedynie zaśmiał się jej w twarz i odleciał aby odebrać swoją zapłatę. Zginął kilka lat później w pijackiej bijatyce nie dowiedziawszy się nigdy, że ma syna.
Elora okryła hańbą cały ród Othone i została wydziedziczona przez matkę, która po mężu przejęła funkcję senatora Republiki. Dziewczyna, przywykła do luksusu z dnia na dzień straciła wszystko: pozycję, majątek i dom. Uciekła do jedynej osoby, której naprawdę ufała- swojej niańki z dzieciństwa. Stara Sorelia przyjęła Elorę pod swój skromny i biedny dach, a gdy nadszedł właściwy czas pomogła przyjść na świat Johunowi Othone.
Moja matka musiała szybko dorosnąć i nauczyć się życia bez służby. Zamiast tego sama stała się służącą u bogatej rodziny. Zmieniła imię na Kelora i przestała używać nazwiska rodowego, aby nie zostać rozpoznaną przez niegdysiejszych znajomych ojca. Tak mijały kolejne lata.
W rodzinie Othone co kilka pokoleń rodziły się dzieci wrażliwe na Moc. I los sprawił, że padło właśnie na mnie. Byłem też obciążony genami ojca, a objawiało się to nadzwyczajną skłonnością do wdawania się we wszelkiego rodzaju awantury.
Pewnego razu, gdy miałem jakieś dziesięć lat pobiłem się z synem sklepikarza. Teraz wydaje się to śmieszne a powód owej bójki dawno został zapomniany, faktem jednak pozostaje, że mój oponent stracił tamtego dnia dwa zęby, w dodatku przednie. Bałem się awantury, która najpewniej czekała na mnie w domu, dlatego postanowiłem pospacerować trochę po Couruscant, do czasu aż matce przejdzie złość. Życie w dolnych partiach miasta nie należało do łatwych. Jednak dla dziecka takiego jak ja, obdarzonego specyficzną mieszanką talentów była to jedynie kolejna przygoda.
Mijał właśnie piąty tydzień mojego spaceru, kiedy niespodziewanie moje życie odmieniło się na zawsze. W pewnym ciemnym, mokrym i zdecydowanie paskudnym zaułku natknąłem się na dwóch mężczyzn, którzy najwyraźniej nie chcieli być widziani razem. Byłem zbyt daleko aby usłyszeć o czym rozmawiają. Widziałem jedynie że wymienili się pakunkami. Założyłem, że było to coś cennego i nielegalnego. Postanowiłem śledzić jednego z nich i w odpowiedniej chwili pozbawić go owego cennego ciężaru (pomimo porywczej natury starałem się "pomagać starszym"). Tęgiego, groźnie wyglądającego osiłka darowałem sobie z przyczyn aż nadto oczywistych. Poszedłem więc za niewysokim mężczyzną w wyświechtanym płaszczu.
Moja szansa na atak pojawiła się wraz z grupą pijanych robotników zataczających się przy wejściu do lokalu o wątpliwej reputacji. Każdy kieszonkowiec wie, że należy wykorzystywać tego rodzaju okazje, jeśli los sam je zsyła. Sięgnąłem po pakunek właśnie w chwili, kiedy robotnicy rozpoczęli bójkę. Jakież było moje zdziwienie, gdy mój „klient” złapał mnie za rękę. Nie zrobił jednak rabanu i nie wyzwał mnie od złodziei. W zasadzie nie zrobił nic, co robi się w podobnych sytuacjach. Gapił się na mnie bez słowa jakąś minutę. Potem kazał się zaprowadzić do moich rodziców.
W domu czekało mnie kilka niespodzianek. Matka na mój widok na przemian płakał i groziła mi laniem, nie zwracając uwagi na nieznajomego, który dosłownie doholował mnie przed oblicze rodzicielki. Kiedy go wreszcie zauważyła okropnie zbladła, jakby zobaczyła ducha. W trybie ekspresowym zostałem nakarmiony, wykąpany i zapakowany do łóżka, a dorośli zaczęli rozmowę o mojej przyszłości. Rano na jej twarzy widziałem wyraźne ślady łez.
Jak się dowiedziałem następnego ranka, mężczyzna, którego próbowałem nieudolnie okraść miał na imię Noksis i był Mistrzem Jedi. Matka od zawsze zdawała sobie sprawę, że istnieje szansa, iż mógłbym być wrażliwy na Moc, ale żyjąc na najniższych poziomach miasta miałem niewielką szansę na wyłowienie przez któregokolwiek z Mistrzów. W rodzinie Othone zawsze z dumą przyjmowano informacje o specjalnych predyspozycjach dzieci i oddawano je na naukę do Świątyni Jedi. Tego dnia widziałem moją matkę po raz ostatni.
Kolejne lata upływały mi na nauce i ćwiczeniach pod czujnym okiem mego Mistrza. Mandaloriańska krew nieraz wpędziła mnie w kłopoty, gdyż uwielbiałem współzawodniczyć z innymi uczniami… oczywiście zawsze wygrywałem, co niezmiennie wprawiało ich we wściekłość.
Pamiętnego dnia, gdy Świątynia Jedi legła w gruzach za sprawą podstępu Sithów, wraz ze swym mistrzem przebywałem na Naboo z misją. Powrót na Couruscant nie był łatwy i zajął nam wiele czasu. Na republikańskim statku braliśmy udział w przerwaniu mandaloriańskiej blokady. Wtedy to po raz pierwszy zetknąłem się z pobratymcami mego ojca. Jeśli mam być szczery nie wywarli na mnie szczególnego wrażenia.
- A resztę już znacie sami. Od powrotu z Naboo w każdej wolnej od ćwiczeń chwili ratuję wasze niewdzięczne tyłki z opresji. Barman jeszcze jedna kolejka…