Autor Wątek: Historia Javier z Internally Invictus  (Przeczytany 107 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Javier

  • Strażnik
  • *
  • Wiadomości: 13
    • Light Side
    • Zobacz profil
    • Internally Invictus
  • Gildia: Internally Invictus
  • Klasa: Rycerz Jedi - Sentinel
  • Nick: Javier Befra
Historia Javier z Internally Invictus
« dnia: Grudzień 01, 2011, 23:37:01 pm »
PROSZĘ W CZASIE CZYTANIA WŁĄCZYĆ SOBIE TĄ MUZYKĘ BY DODAŁA KLIMATU!

[wrzuta]http://falusi.wrzuta.pl/audio/49ZoPcbSiXV/star_wars_ii_-_across_the_stars_love_theme[/wrzuta]

PROLOG



<Wkroczywszy w pomieszczenie, Holocron rozpoczął się uruchamiać, jego światło rozbłysło  w ciemności, ukryty labirynt znaków zaczął nabierać głębi, uwidaczniając skomplikowaną sieć matrycy.>

------------------------
Wczytywanie Bazy Danych...
Ładowanie... 30%
Ładowanie... 77%
Ładowanie Zakończone...
------------------------

Imię... Javier
Nazwisko... Befra
Rasa... Człowiek
Wiek... 34 lata
Specjalizacja... Rycerz Jedi



<Po wczytaniu danych, urządzenie ukazało postać w długiej szacie, po chwili postać ściągneła kaptur, który zakrywał jej twarz, a przy pasie zauważasz dwie klingi mieczy świetlnych. Wyraźnie widać, iż nieznajomy znajdujący się na Holocronie jest człowiekiem w kwiecie wieku>

------------------------
Wczytywanie Sekwencji Historii...

Ładowanie Zakończone...
------------------------

Witaj, jestem Javier Befra, Rycerz Zakonu Jedi z Tython. Jeśli widzisz to nagranie to znaczy, że jesteś sojusznikiem Republiki. Jestem zadowolony, iż pewna osoba pomogła mi wprowadzić zabezpieczenie, dzięki któremu jedynie istoty stojące po Jasnej Stronie Mocy mogą uruchomić to przebiegłe urządzenie.

Postanowiłem wykonać ten Holocron by w razie mojej śmierci zostawić po sobie swoją spuściznę... moją historię jak, sentencje ostrzeżeń i wskazówek dla moich towarzyszy jak i innych Jedi. Dzięki temu zdobyte przeze mnie doświadczenie oraz wiedza nie pójdą na marne, a zapewne wszelkie informację będą bardzo pomocne w walce z Imperium, które ciągle rozszerza swoje wpływy.

Pozwól jednak najpierw, że przedstawię Ci swoją historie.

Moja dokładna data urodzenia mi samemu jest nieznana. Wiem jedynie, iż urodziłem się parę lat przed tym jak Imperium ponownie wyłoniło się z otchłani Galaktyki atakując Republikę. Mieszkałem wraz ze swoją rodziną na Coruscant, byliśmy biednymi ludźmi. Nie chcę przedstawiać tego fragmentu swojego życia zbyt obszernie, nie wspominając już faktu, że po prostu nie pamiętam zbyt wiele ze swoich dziecinnych lat.

Idealnie pamiętam dzień, gdy spotkałem swojego przyszłego Mistrza Dorn Nassina, na jednej z przecznic miasta. Wysoki mężczyzna, ubrany w brązową szatę, pod którą widocznie połyskiwał solidny pancerz. Nie rozumiałem wtedy tego co pomrukiwał sam do siebie, o stężeniu midichlorianów w moim organizmie. Byłem osobą wrażliwą na Moc i on to wyczuł. Nie jestem w stanie nawet sam sobie odpowiedzieć czy po prostu zostałem zabrany swoim rodzicom czy... <W tym momencie Rycerz przerwał spuszczając nieco głowę, lecz po chwili kontynuował monolog>. Zawsze wyobrażałem sobie, że po prostu woleli by Jedi się mną zajęli, niż bym żył bardzo ubogo wraz z rodzicami. W samym zaś Zakonie wielką uwagę przywiązuje się do umiejętności panowania nad swymi emocjami, ponieważ niektóre z nich prowadzą na Ciemną Stronę Mocy. Obawiając się zbyt silnych uczuć przy ponownym spotkaniu, zdecydowałem już nigdy więcej nie odwiedzić ojca ani matki.

Świątynia Zakonu... Była ogromna, na jej szczycie znajdowało się pięć wież, sam zaś środek był usłany w wielkie kolumny i wiele pomieszczeń. Stałem się uczniem, inni mówili na mnie młodzik. Rozpocząłem swój trening - nie wybijałem się ponad innych kadetów podczas szkolenia. Gdy miałem zaledwie trzynaście lat to po całej Republice rozchodziło się echo bohaterskich czynów Mistrza Beltha Allusis'a oraz jego żołnierzy, którzy stawili czoła przeważającym siłom Imperium na planecie Bothawui. Chociaż wszyscy obrońcy planety zostali pokonani, to siły Imperium zostały tak poważnie nadszarpnięte, że musiały opuścić Bothawui. Odwaga oraz determinacja Mistrza Allusis'a sprawiały, że sam chciałem nabyć takie cechy. Wiedziałem, że jedynie solidnie trenując mogę nabyć odpowiednie umiejętności, dzięki którym mógłbym kiedyś stać się Rycerzem Jedi.

W końcu nadszedł mój czas i ja sam stałem się Padawanem. Moim Mistrzem został Dorn Nassin, człowiek któremu ufałem. Być może dlatego, że to on wyczuł we mnie powiązanie z Mocą i sprowadził do Zakonu, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Byłem zawsze bardzo skupiony na nauce umiejętności praktycznych, dyplomacji i tym podobnych. Najważniejszym jednak dla mnie etapem treningu było realizowanie postanowień Kodeksu Jedi oraz jak radzenie sobie z Ciemną Stroną Mocy.

Trening przebiegał pomyślnie, lecz mimo to nie wybijałem się ponad innych adeptów. Mistrz Dorn Nassin stwierdził, że już tylko wspólne wyprawy na misje zlecane przez Radę pomogą mi nabyć odpowiednie doświadczenie, dzięki któremu mógłbym pewnego dnia zasłużyć na miano Rycerza Jedi.

Ze wszystkich misji, które odbyłem z moim Mentorem najbardziej w pamięci zapadła mi ofensywa na Alderaanie. Nim wyruszyłem wraz z Mistrzem Dornem na ową planetę, najpierw odbyłem z nim rozmowę. Mówiłem mu, że chcę walczyć z Imperium, chcę wesprzeć dzielnych żołnierzy, którzy mogą zginąć za Republikę. Ale też wiedziałem, że nie mogę dać ponieść się swoim emocjom i zrobię tak jak mi Mistrz rozkaże. Nassin to zauważył i uznał, że jestem gotów by dołączyć do Jedi podczas tej bitwy. Ufał, że lata treningu wydały swoje owoce, a ja sam nie dam ponieść się namiętności.
Jednostki komandosów Republiki były roztawione praktycznie na terenie większości planety. Atak na Imperialne oddziały, maszerujące w lasach, miały być przeprowadzone z bardzo skoordynowanej zasadzki. Byłem pośród Jedi, którzy brali udział w tej operacji. Nawet znana Satele Shan brała w tym przedsięwzięciu udział. Wszystko z powodu Darth Malgusa, który ponoć dowodził Imperialnym marszem. Mroczny Lord Sith... Wiedziałem, że jest bardzo niebezpieczny. Sam nie wiem jakie mną emocje wtedy targały. Myśl o pojedynku z Malgusem była by fascynująca. Nie mogłem jednak dać ponieść się tym uczuciom. Wiem, że na pewno poległbym gdybym podjął się walki z nim. Mimo to nie było już odwrotu. Musiałem walczyć... Musiałem walczyć za Republikę!

Szum... Odgłosy maszerującego wroga były coraz bliżej. Pośród Mrocznych Jedi maszerujących wraz z kolumną wojsk, nie byłem w stanie wyczuć Mocy, która wybijała by się pośród innych. Dorn jedynie mnie upewnił, że Darth Malgus musi być przy innym batalionie. Mimo to nadal pozostała kwestia Sithów, którzy również stanowili duże zagrożenie.
Imperialni żołnierze, roboty bojowe, Sithowie.
Nadszedł czas by zaatakować. Generał Dominus wydał rozkaz ataku wszystkim oddziałom znajdującym się na Alderaanie. Rozległy się okrzyki "Za Republikę, Za wolność" <Jedi mówił te słowa z wielką pasją>. Wraz z Nassinem i innymi towarzyszącymi nam Jedi ruszyliśmy na wroga.

Rozległa się bitwa, a samo Imperium zaskoczone było taką ofensywą, gdyż nawet nie przyjeli obronnej postawy. Walka z żołnierzami nie sprawiała, aż takie kłopotu, sprawnie radziłem sobie, pokonując mieczem świetlnym każdego. Dziesięć metrów ode mnie robot bojowy skierował swoją uwagę na mnie i zaczął ostrzał. Doskoczyłem do niego wykonując pionowe cięcie z nad głowy, które natychmiast unieszkodliwiło maszynę.
Zaraz po tym za mną stanął Sith, który u boku dzierżył dwa miecze świetlne. Mroczna postać, której twarz zasłaniał kaptur lecz mimo to mogłem dostrzec jego oczy.
Ponury Jedi włączył w ciszy miecze świetlne. Jego puste oczy patrzyły się na mnie, ja natomiast widziałem w nich swój strach, oddychałem coraz szybciej i oczekiwałem na pierwszy ruch wroga. Sith ruszył, szybko doskoczył do mnie. Ledwie uchyliłem się przed ciosem Mrocznego Jedi, odskoczyłem i machnąłem mieczem świetlnym. Cios zszedł po drugim mieczu Sitha. Był niesamowicie szybki, gdy sparował mnie to zamachnął się i z półobrotu próbował odciąć moją głowę. Ale mimo wszystko Dron nieźle wyszkolił mnie. Zablokowałem nadchodzące uderzenie z prawej strony i pomimo, że źle przybrałem postawę, to pchnąłem mieczem w kierunku Adepta Ciemnej Strony Mocy. To było złe posunięcie, Sith szybko po zablokowaniu przeszedł do kontrataku. Jeden krok do przodu, wypad i miecz odbił się od mojej broni, nie zraziło to jednak wojownika i szybko ponowił manewr wiedząc, że już nie zdołam zablokować ataku. Zapewne tak by się stało gdyby nie unik, odskoczyłem i kopnąłem go w biodro. Mroczny Jedi zatoczył się lekko i szybko odwrócił uderzając mnie rękojeścią swojej broni w głowę. Aż zamroczyło mnie lecz instynktownie uniosłem miecz ponad głowę i usłyszałem brzęk mieczy świetlnych, po udanym bloku ponownie kopnąłem przeciwnika, tym razem w brzuch. Odrzuciło to go, ale szkody mu nie wyrządziło. Powszechnie wiedziano, że zadaniem Sithów była walka, a więc i ten nie miał zamiaru odpuścić. Seria kolejnych ciosów wroga została przeze mnie zablokowana. Widząc, że mój przeciwnik nie może poradzić sobie z blokami, po raz kolejny wykonałem poziome cięcie mieczem, tym razem miecz trafił w lewą dłoń, Sith stracił swoją rękę lecz mimo to zachował się jakby nic się nie stało. Podrzucił miecz w górę, a potem uderzył mnie w twarz. Poczułem prawdziwą furię, zamknąłem oczy i uderzyłem z całą siłą. Sith złapał swoją broń lecz nawet wtedy jego blok nie był w stanie tego zatrzymać, moje uderzenie było tak mocne, że miecz świetlny przeciwnika wypadł mu z jego prawej dłoni, a głowa odpadła od tułowia. Bezwładne ciało opadło na ziemię. Przyklęknąłem na jedno kolano i dyszałem ciężko. Walka była skończona, choć trwała zaledwie chwilę, zmęczyła mnie niesamowicie.

To nie był koniec, kolejny Mroczny Adept doskoczył do mnie i rozpoczął szybkie cięcia mieczem świetlnym, starałem się wszystko blokować tak by wyprowadzić uderzenie, ale byłem zbyt osłabiony poprzednia walką. Opuściłem swój miecz i upadłem na ziemie. Mroczna postać spokojnie kierowała się do mnie, gdy stanął nade mną by wykonać ostatnie uderzenie to niespodziewanie użyłem resztek sił by odepchnąć go Mocą. Sith nie spodziewał się tego mimo to natychmiast po uderzeniu o ziemie wstał i doskoczył do mnie. <Javier opuścił głowę i spoglądnął na swoje dłonie> Byłem zbyt słaby. To był by koniec, gdyby nie Mistrz Dorn, który zablokował cięcie, a następnie sam zaatakował przeszywając ciało przeciwnika.
Krzyknął, że to nie koniec bitwy. Jedynie skinąłem głową i ostatkiem sił chciałem kontynuować walkę. Straciłem poczucie czasu w tym zgiełku i nawet nie wiedziałem kiedy walka dobiegła końca. Byłem wyczerpany i usiadłem na ziemi. Mój Mistrz podszedł do mnie i powiedział, że świetnie się spisałem. Cieszyły mnie jego słowa, ale wiedziałem, iż nadal potrzebowałem solidnego treningu. Nie powiedziałem mu nic o złości, która mną targneła gdy walczyłem z Sithem. Doszły nas wieści, że opercja odniosła sukces, wojska Imperium zostały rozgromione. Wśród Jedi rozeszła się nowina o heroicznej walce Satele Shan z Malgusem, w której odniosła niesamowite zwycięstwo.
Po tej bitwie wiedziałem, że muszę rozpocząć solidny trening, a przede wszystkim zastanowić się nad walka dwoma mieczami świetlnymi. Mimo wszystko byłem zafascynowany stylem jakim walczył mój przeciwnik. Wiedziałem, iż to jest styl walki, który muszę obrać oraz osiągnąć w nim mistrzostwo.

Przez cały czas pracowałem nad swoim ciałem, umiejętnościami, podróżowałem z Mistrzem Norssinem na rozmaite misje. W końcu dwa lata przed traktatem na Coruscant Rada zadecydowała. Zostałem wezwany do Sali Rady. Był tam również mój Mentor, który miał zarys lekkiego uśmiechu na twarzy. Mistrz Ven Zallow oznajmił, że jednomyślnym głosem Rada mianuje mnie Rycerzem Jedi. Czułem dumę Dorna, nie był dla mnie tylko jako Mentor, ale też niczym ojciec. Może to była duma niczym ta ojcowska, nie wiem tego na pewno <Javier uśmiechał się>.

Przez kolejne dwa lata nie podróżowałem już tak wiele z Dornem. Byłem wysyłany na samodzielne misje, pomagałem szkolić młodych adeptów, którzy dopiero co znaleźli się w Zakonie. Dziwne to było uczucie, wydawało się, że przecież nie tak dawno ja sam byłem młodzikiem. Mimo to nie zaprzestawałem samodoskonalenia, gdyż konflikt z Imperium ciągle trwał. Wszystko wydawało mi się, że nasze oddanie Republice sprawi, iż damy w końcu radę ponownie pokonać Mroczne Widmo ze strony Sithów, niestety myliłem się.

ATC - 0 data, która na zawsze zapadła w mojej pamięci. Wielka Wojna Galaktyczna trwała przez wiele lat, tysiące Jedi i Sithów poległo. A sami Lordowie Mrocznej Rady Imperatora niespodziewanie zaoferowali Senatowi Republiki propozycję pokoju, ofertę, której Republika nie mogła zignorować. Mistrz Dorn wyczuwał, że to może być jakiś rodzaj strategii Imperium, który może potem odcisnąć swoje piętno na Republice i Jedi. Rada Zakonu zaleciła ostrożność Senatowi wobec propozycji Sithów, ale nawet ona musiała się zgodzić – wojna była przegrana – pokój był jedyną nadzieją.
Republikańscy i Imperialni dyplomaci spotkali się na planecie Alderaan by przedyskutować zawieszenie broni w całej przestrzeni Galaktyk. Nassin poprosił mnie bym się tam udał, gdy on sam zostanie w Świątyni na Coruscant. Nie wiele mi mówił wtedy, był zamyślony. Zrobiłem jak mnie poprosił i udałem się na planetę, z która wiązałem swoje wspomnienia wielkiej ofenyswy na Sithów. Tam właśnie niedługo potem dowiedziałem się, że flota Imperium rozpoczęła zaskakujące natarcie na stolicę Republiki. Bombardując planetę z orbity i obracając w pył budowle. Republika nie miała wyboru, musiała podpisać Traktat z Coruscant.
Wróciłem do Świątyni Zakonu zastając ją w kompletnej ruinie. Dziesiątki ciał leżących między ścianami mojego domu, mojej rodziny. W samym środku Zakonu leżał wrak transportowca, w którym ponoć byli Mroczni Jedi. Słyszałem echo bitwy, która tutaj się odbyła. Zobaczyłem między martwymi Jedi i Sithów ciało mojego Mistrza. Podbiegłem do niego lecz leżał bezwładnie, a obok niego jego miecz świetlny. Uczucie złości, które we mnie narastało było ogromne, Chciałem wymordować tych, którzy to zrobili, tropić ich, kazać zapłacić za to co zrobili. Ale nie mogłem, nie tego oczekiwał by ode mnie Mistrz Dorn... <Rycerz Jedi opowiadając o tym wyglądał na przygnębionego> Musiałem zapanować nad tym wszystkim. Podniosłem jego miecz świetlny i stał się moją drugą bronią. Chciałem ku jego pamięci dzierżyć jego broń. Nim opuściłem Świątynie, przy wyjściu ujrzałem również ciało Mistrza Ven'a Zallow.
A Senatorzy Republiki obwinili nas za to wszystko, za wszelkie kłopoty i problemy. Mimo to ja i pozostali Jedi byliśmy skłoni nadal bronić Republiki. Chciałem walczyć za tych, którzy sami nie mogą obronić samych siebie.

Wraz z innymi udałem się na Tython by odnowić więzy ze swymi korzeniami. Powstała tam wspaniała Świątynia, w której trening odbywali nowi Adepci Mocy. Gdy wróciłem do Zakonu zaczeły dochodzić do mnie plotki o Jedi, którzy przetrwali na tajemniczej planecie Dioxide. Przeżyli i wrócili, a potem stali się Mistrzami tworząc odrębną Gildię. Nie miałem okazji ich poznać osobiście lecz znane były mi ich imiona. Wiedziałem też, że mieli swój pokój spotkań do którego trzeba znać hasło w Świątyni. Ich wizja głosiła by pomagać najmniejszym, nie ważne czy są po Stronie Republiki Czy Imperium, gdyż wszędzie są te zwykłe istoty, które potrzebują pomocy. Wiedziałem od razu, iż muszę z nimi porozmawiać... Dorn na pewno by tego chciał. Gdy dotarłem przed drzwi miejsca spotkań to z jakiś tajemniczych powodów wprowadziłem poprawny kod... Nie wiem czy Moc mną wtedy kierowała, ale drzwi się rozsuneły, a ja wszedłem do środka. Z innego pomieszczenia przyszła tajemnicza postać, która była zdziwiona tego jak tu się znalazłem. Po moim krótkim wytłumaczeniu zaśmiał się nieznacznie i przedstawił się jako Arcadius Harrington. Chwile potem dołączył do nas Wayne Zeraash, Zaraki oraz Johun Othone. Miałem przed sobą Mistrzów Jedi, którzy zaimponowali swoją postawą oraz poglądami. Sam czułem, że Moc w nich jest zaiste silna.
Nie miałem wątpliwości, chciałem dołączyć w ich szeregi. A oni dali mi szanse i po dziś dzień walczę u ich boku w imię tych, którzy potrzebują naszego wsparcia. Ich charyzma sprawia, że ciągle w nasze szeregi chcą wstąpić inni. Jestem dumny, iż należę do Internally Invictus.

Jeśli jesteś jednym z tych, którzy również chcą walczyć z Imperium i nieść Światło uciśniony to odszukaj nas.

<Zaraz po tych słowach na Holocronie pojawił się znak Gildii>



Za Republikę ! Za Internally Invictus ! <Jedi wykrzyczał pewnie po czym postać zanikła>


------------------------
Wczytywanie Sekwencji Umiejętności...

Ładowanie Zakończone...
------------------------

Całe moje życie jest nauką, dlatego chce przekazać zdobyte przez siebie doświadczenie oraz wiedzę. Oby wszystko to co zdołałem zapisać przydało Ci się w walce z Imperium i Mrocznymi Jedi.     
Wszystko teraz zależy do Ciebie.                                                                               
Niech Moc Będzie z Tobą.

------------------------
Wczytywanie Sekwencji Umiejętności...

Ładowanie Zakończone...
------------------------

<Poniższe informacje zawierają tajniki pozwalające zgłębić zrozumienie Mocy, techniki medytacji pozwalającej uzdrowić i zregenerować ciało Jedi, oraz wskazówki uskuteczniające technikę walki dwoma mieczami świetlnymi naraz nazywaną formą Ataru.>

<Holocron chwile potem zakończył odtwarzanie zapisanych danych, a jasne świątło zanikło>
« Ostatnia zmiana: Grudzień 02, 2011, 00:14:50 am wysłana przez Javier »
"Nie ma dość dużo Jedi by ochronić Republikę,
My jesteśmy strażnikami pokoju, nie żołnierzami"