Autor Wątek: Historia Duchów z Toprawy  (Przeczytany 181 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline SniperX

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Żołnierz
  • *
  • Wiadomości: 32
    • Light Side
    • Zobacz profil
  • Gildia: 303rd Republic Unit - Ghosts of Toprawa
  • Klasa: Jedi Consular - Sage
Historia Duchów z Toprawy
« dnia: Grudzień 09, 2011, 17:31:22 pm »
Konrad S. Bauer Przedstawia:
303 Dywizjon Republikańskich Sił Zbrojnych
Duchy z Toprawy


Prolog

Lokacja: Planeta Typhon - Świątynia Jedi

- To oto pismo upoważnia mnie do dostępu do wszystkich archiwów Zakonu – stanowczo, lecz dyplomatycznie powiedział mężczyzna stojący na środku Sali, siedzący dookoła Mistrzowie Jedi zachowali kamienne miny nie dając poznać sowich uczuć.
- Ambasadorze Gram, Rada Jedi jak zwykle respektuje żądania Senatu, lecz prośba o udostepnienie wszystkich Archiwów Zakonu jest nie do zaakceptowania – odpowiedział jeden z Mistrzów Jedi.
- Mistrzu Dough to nie jest prośba, lecz rozkaz– powiedział Gram, był przygotowany na odmowe Rady, lecz informacje, których szukał było ważne w śledztwie, do którego był oddelegowany, część z Mistrzów była wyraźnie oburzona tonem Grama.
- Ambasadorze Gram, czy można spytać, jakich informacji pan poszukuje? – Odezwała się stara kobieta – Być może wypracujemy jakiś kompromis – dodała.
- Nie mogę powiedzieć gdyż chcemy zapobiec przeciekom, lecz interesują mnie akta związane z 303 Dywizjonem, niesławnymi „Duchami z Toprawy” – na Sali zapadła grobowa cisza, zaskoczenie malował się na twarzach Rady, Gram nie do końca wiedział, co o tym ma sądzić, po krótkiej chwilo stara Mistrzyni Jedi spojrzała na pozostałych Mistrzów i skinęła głową, ci posłusznie wstali i zaczęli opuszczać salę Rady, w pomieszczeniu pozostali tylko Gram i stara kobieta.
- Ambasadorze – przerwała na chwilkę – proszę wybaczyć to zajście, lecz akta, o które pan prosi nie są dostępne nawet dla niektórych mistrzów Rady – kolejna pauza – zaczynam domyślać się, czego dotyczy śledztwo, oczywiście będziemy współpracować, przydzielę panu moją uczennicę, która udostępni w moim imieniu panu wszystkie akta związane z Duchami, jednak tylko pod jednym warunkiem…
- Jakim? – Spytał bez ceregieli Gram, musiał mieć dostęp do tych akt i spodziewał się większych problemów z uzyskaniem do nich dostępu.
- Gdy pan się z nimi zapozna proszę do mnie przyjść – powiedziała stara kobieta, Gram wyraźnie był zaskoczony – Gdy już będzie pan świadom tego co się wydarzyło na Toprawie będę mogła z panem porozmawiać o pana śledztwie, moja uczennica Khas’aret spotka się z panem w Archiwach, niech Moc pana prowadzi Ambasadorze – zakończyła rozmowę kobieta.
Cała ta sytuacja niepokoiła Grama, dostał to czego chciał zbyt łatwo, był przygotowany na dużo większy opór Rady i liczył się wręcz z odmową, a powaga całej sytuacji lekko go przytłaczała, miale jednak to czego chciał dostęp do akt związanych z Duchami.
Tego samego dnia Gram udał się do Archiwów Zakonu, czuł się trochę nie swojo w rolo Ambasadora, tytuł ten został mu nadany wyłącznie na czas misji, Gram nie był żadnym Ambasadorem lecz pracownikiem wywiadu, jego zadanie było proste, dowiedzieć się czy Republikańska Armia działa bez zgody Senatu, musiał działać w ukryciu nie mógł pozwolić by osoby podejrzane i zdradę dowiedziały się o śledztwie, Gram trafił na wyraźny ślad nadużyć podczas tak zwanej „Blokady Mandaloriańskiej”, trasa handlowa ze światów zewnętrznych do centrum galaktyki została zablokowana przez Mandalorian, Senat próżnie debatował nad tym czy wysłać Republikańskie Siły by przełamać blokadę, blokując jakąkolwiek interwencje Armii, wówczas to Jedi wzięli sprawy w swoje ręce i sami zaatakowali blokadę, cała operacja okazała się porażką a Jedi ponieśli olbrzymie straty, istnieje podejrzenie że jednak również Republikańska Armia brała wtedy udział w ataku, być może nie bezpośrednio, ale wydano wtedy kilka niezrozumiałych rozkazów, 303 republikański odział składający się zarówno z Komandosów jak i Rycerzy Jedi został wysłany na rekonesans na planetę Toprawa leżącą tuż za Mandaloriańskiej Blokadzie, raporty wskazują że właśnie z Toprawy wysyłane było zaopatrzenie do jednostek Mandaloriańskich. Prawda była w zasięgu Grama, być może raporty znajdujące się w Archiwach Zakonu wskażą mu osoby które wydały rozkaz i tym samy potwierdziły podejrzenia o samowolne postępowanie Generalicji.
Gdy Gram dotarł do sali z Archiwami był pod wrażeniem, sporo Archiwów Zakonu zostało utraconych na Coursant gdy zniszczono Świątynie Jedi lecz świecące na niebiesko półki zawierające miliardy informacji robiły olbrzymie wrażenie, wśród półek krzątała się kobieta ubrana w szaty zakonu, jej czarne włosy były spięte w warkocz a oczy miała zamyślone, Gram przez chwilę przyglądał się kobiecie starając przypomnieć sobie jej imię, lecz jej niezwykła uroda nie pozwalała mu się skupić, kobieta w końcu spostrzegła Grama podeszła do niego i delikatnym głosem spytała
- Ambasador Gram jak mniemam? Nazywam się Khas’aret ale proszę mówić mi Khas – Gram długo nie mógł wydusić z siebie w końcu głupio
- Nie jestem Ambasadorem, wystarczy Gram – i tak cała jego przykrywka poszła do śmieci, na twarzy kobiety pojawił się uśmiech, doskonale wiedziała co się dzieje w głowie Grama, Gram nabrał podejrzeń o intencję rady. Khas’aret od razu wyczuła zmianę nastroju.
 - Jakie Akta mam dla pana przygotować – Khas’aret przeszła do konkretów próbując uniknąć nieporozumień.
- Zacznijmy może od raportów z czasów Blokady Mandaloriańskiej nadesłanych przez 303 Dywizjon – powiedział Gram
- Przez Duchy? – Spytała z uśmiechem Khas, spoglądając na terminal – Zawsze marzyłam by do nich dołączyć, bohaterowie Republiki, niestety sporo akt z nimi jest dostępna tylko dla… - przerwała Khas - …Rady, masz pełen dostęp?! – Spytała z niedowierzaniem Khas’aret. Zachowanie Khas kompletnie zbiło z tropu Grama, czyżby nikt nie powiedział jej o przyznaniu mu pełnego dostępu do akt?
- Mamy tu… - powiedziała Khas wertując spis dokumentów - raporty z misji na Toprawie, plany ataku oraz raporty kapitana statku który ich uratował.
- Zrób kopie planów dla mnie zobaczymy jaki był cel ich misji i posłuchajmy może raportów – powiedział Gram.
- Pierwszy raport należy do… pułkownika Torela Keyis – przeczytała – był on najżywszy stopniem oficerem w Duchach i jednym z zastępców Bal-ama, Mistrza Jedi który dowodził jednostką – dodała Khas
- Posłuchajmy więc pan pułkownik ma nam do powiedzenia – powiedział Gram
Po chwili na terminalu pojawił się Hologram mężczyzny ubranego w niemal kompletną zbroję Republiki, brakowało tylko hełmu liczne, blizny na jego twarzy mówiły o ranach jakie odniósł na polu walki, Gram nie chciałby spotkać pułkownika w zaułkach Narr Shadar.
- Pułkownik Torel Keyis z 303 Dywizjonu Republikańskich Sił Zbrojnych – hologram przemówił – raport z misji Ukryty Młot, Cel misji atak na bazę zaopatrzeniową Mandalorian na planecie Toprawa – słuchając raportu Gram od razu wiedział że znalazł to czego szukał…


Offline SniperX

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Żołnierz
  • *
  • Wiadomości: 32
    • Light Side
    • Zobacz profil
  • Gildia: 303rd Republic Unit - Ghosts of Toprawa
  • Klasa: Jedi Consular - Sage
Odp: Historia Duchów z Toprawy
« Odpowiedź #1 dnia: Grudzień 09, 2011, 17:32:07 pm »
Raport 1: Torel Keyis – Atak na Toprawe


Nim Senatorowie zakończą debatę o Blokadzie Mandaloriańskiej Republika będzie tak osłabiona że Imperium Sithów bez najmniejszego problemu podbiją kolejne terytoria, wie to cała Admiralicja, lecz bez pozwolenia Senatu mamy związane ręce, Zakon Jedi rozumie powagę sytuacji dlatego planują szturm na Blokadę, Armia nie może im oficjalnie pomóc. Naszą misją oficjalnie był patrol jednego z sektorów przy Trasie Hayden, nieoficjalnie mieliśmy rozkaz zaatakować i przejąć bazę zaopatrzeniową Mandalorian na Toprawie.
- Przygotować się do wyjścia z Hiperprzestrzeni – rozległ głos z interkomu, byłem gotowy, zawsze jestem, myślami byłem już na polu bitwy, dookoła mnie krzątali się żołnierze i Jedi, dla niektórych z nich była to pierwsza misja, po ostatnich stratach musieliśmy uzupełnić szeregi rekrutami, dla innych tak jak dla mnie był to dzień powszedni, byliśmy żołnierzami, jestem ich dowódcą muszę ich poprowadzić
- Rozkazy są jasne, lądujemy tuż przy granicy pola siłowego, odział pierwszy pod dowództwem Hawka ma za zadanie wyłączyć generatory pól siłowych by umożliwić flocie ostrzał z orbity. – Przypominałem rozkazy – Dwójka i Trójka będą cię osłaniać Hawkie.
- Słyszałaś Aisha?- Odezwał się Hawk, młody, lecz doświadczony komandos z którym przeszedłem nie jedno, wiedziałem że mogę na niego liczyć i że wykona swoje zadanie
- Będę wypatrywać twojego tyłka na polu bitwy – odgryzła się Aisha, była dowódczynią trzeciego oddziału wyspecjalizowanego w ostrzale snajperskim – Tylko nie wchodź mi w celownik bo ci zrobię w nim drugą dziurę.
Śmiech jest dobry na stres, weterani o tym wiedzieli dlatego zawsze żartowali gdy tylko mogli, dla osób z zewnątrz mogłoby się wydawać że większość z nas skacze sobie do gardeł, lecz my wiedzieliśmy ze każdy z 303 oddałby za drugiego życie.
- Lotar, ty i czwórka spróbujcie zdobyć wierze komunikacyjna – Lotar był jednym z Jedi, spokojny i poważny jak większość z Jedi, rzadko kiedy żartował a gdy już mu się coś wymsknęło było to tematem rozmów w 303 przez wiele dni – Sylvian, Looman i Yazz wasze oddziały przeprowadzą szturm na główną bramę, ale pamiętajcie to tylko dywersja żeby umożliwić Hawkowi atak na generatory. Rozkazy jasne? – Wykrzyknąłem - Do Transportowców!
Wszyscy rozbiegli się do swoich transportowców, ja również udałem się na swoje miejsce, w transportowcu czekał już Bal-am, był bardzo skoncentrowany, obok niego stałą jego uczennica Tia’nah, bardzo się cieszyłem że była z nami, posiadała niezwykły dar przez Jedi zwany Bitewną Medytacją, dzięki niej nasi piloci będą lepiej skoncentrowani a ich zmysły wyczulone, da nam to sporą przewagę, również na polu bitwy Bal-am i Tia’nah zostaną z tyłu by koordynować działania reszty Dywizjonu.
- Dobra robota Torelu – powiedział Bal-am nie odwracając głowy – Dywizjon wydaje się być doskonale przygotowany do walki.
- Oby twój plan zadziałał staruszku – zwróciłem się do Bala.
- Wychodzimy z Hiperprzestrzeni za 3, 2... – Rozległ się głos z komunikatora, po chwili poczułem drgania statku towarzyszące wyjściu z Hiperprzestrzeni – z komunikatora zaczęły napływać raporty
- Trzeci Szwadron wystartował – teraz nasza kolej, szwadrony będą osłaniać nasze lądowanie
– Trzy statki Mandalorian na Orbicie – kolejny raport – wysyłają myśliwce, dwójka i trójka przygotować się do starcia.
Gdy opuściliśmy hangar na orbicie już trwały walki, szwadrony Republiki związały się walką z myśliwcami Mandalorian, dwa statki Mandalorian kierowały się w stronę krążowników Republiki siły były wyrównane, trzeci ze statków Mandalorian był daleko, dotarcie do strefy bitwy zajmie mu trochę czasu, może uda się to wykorzystać, nasze transportowce kierowały się w stronę planety.
- Jesteśmy poza zasięgiem wrogich myśliwców – rozległ się głos kapitana Pierwszego Szwadronu – proszę o pozwolenie na opuszczenie konwoju i dołączenie do walk.
- Udziela pozwolenia – głos Bal-ama zabrzmiał w kabinie – Niech Moc będzie z wami
Rozpoczęliśmy schodzenie w atmosferę, błysk za oknem, wiedziałem co to oznacza a głos z terminala wcale mnie nie uspokoił.
- Działa Planetarne, przygotować się do… - głos się urwała, za oknem widziałem rozbłysk, właśnie straciliśmy jeden z transportowców, nie widziałem kto nim leciał.
Twarz Tia’nah była cała mokra od wysiłku jaki kosztowało ją zachowanie skupienia, ale to właśnie dzięki niej piloci naszych transportowców mieli kilka sekund więcej na zrobienie uniku. Przez okno zobaczyłem ziemię, niektóre transportowce już wylądowały, żołnierze wybiegali z nich zajmując pozycje, tuż obok nas runął kolejny płonący wrak transportera. Wylądowaliśmy, zacząłem wykrzykiwać rozkazy do swoich ludzi – Dalej, dalej na pozycje, trzymać się planu – raporty zaczęły spływać od dowódców poszczególnych odziały, Aisha i trójka zajęły pozycje na wzniesieniu i eliminują ludzi z murów, Hawk i jego odział ruszyli ukradkiem w stronę generatorów, czwórka Lotara już weszła do wierzy komunikacyjnej lecz Mandalorianie zabarykadowali się na pierwszym piętrze, Yazz z Sylvianem zajmują walką Mandalorian przy bramie, brakowało raportów od szóstki Loomana i dwójki. Na około rozbrzmiewały odgłosy walki, nawet na niebie widać było walczące okręty Republiki i Mandalorian.
- W ciąż nie ma raportu od Loomana – zameldowałem Bal-amowi – Być może był na jednym ze zestrzelonych transporterów.
- Musimy wesprzeć główne natarcie – powiedział zamyślony Bal-am – weź swój odział i ruszaj ja tu zostanę z Tia’nah – nie podobał mi się ten pomysł ale jeśli nie wzmocnimy ataku Mandalorianie mogą wysłać więcej ludzi do obrony Generatora, a to oznaczałoby porażkę.
- Zostawię ci dziesięciu ludzi – powiedziałem – nie możemy stracić Tia’nah.
- Trójka w zupełności wystarczy – stwierdził Bal-am
- Niech ci będzie – dałem za wygraną – Ty Młody i wy dwaj, zostaniecie z Komandorem reszta za mną.
Ruszyliśmy w stronę bazy Mandalorian, do przebycia mieliśmy może pół kilometra, po drodze cały czas analizowałem plan ataku, jeśli choć jedna część planu zawiedzie to będziemy potrzebować cudu by wyjść z tego żywi.  Baza Mandalorian bardziej przypominała twierdze niż przeciętne bazy, wysoki na 10 metrów czarny mur skutecznie chronił przed szturmem, na szczycie murów kilka wieżyczek ostrzeliwało teren poniżej, lecz niektóre z nich były martwe, kolejna z wieżyczek błysnęła i pojawiły się nad nią kłęby dymu, czułem satysfakcję, nie jedno słyszało się o umiejętnościach Mandaloriańskich lecz nasi ludzie walczyli jak równy z równym, nie będę zgadywał na ile to zasługa Bitewnej Medytacji a ile mojego szkolenia.
Gdy dotarliśmy do miejsca walk nasze siły cofały się nieznacznie wychodząc z zasięgu Mandalorian, jeden z komandosów dostał w nogę, niczym cień mignął mi przed oczyma Sylvian ubrany w czarne szaty Jedi, ruszył w stronę rannego komandosa ciskając swym mieczem w Mandalorianian stojącego na murach szykującego się do strzału, na niecały metr przed nim Miecz Świetlny zabłysnął zielonym światłem wbijając się w pierś Mandalorianina, po chwili miecz wrócił do ręki Sylviana, niektóre sztuczki Jedi naprawdę zapierają ruch w piersiach, Sylvian wziął komandosa pod ramie a jego odwrót osłaniało dwóch innych komandosów z ciężkimi blasterami, gdy oddalili się na wystarczającą odległość Podszedłem do Sylviana, po chwili Yazz do nas dołączył.
- Jak się sprawy mają? – Zapytałem, nie musiałem odpowiadać, ich twarze były napięte.
- Straciliśmy połowę ludzi, odział Loomana został zestrzelony, jeden z transportowców spadł za mury – powiedział Yazz wskazując słup dymu unoszący się zza murów.
- Bez wsparcia z Orbity nie damy rady przeforsować tych murów – stwierdził Sylvian
- Musimy związać ich tu przy bramie by dać Hawkowi czas – powiedziałem stanowczo, bez tego nie damy rady, cały plan ataku zależy od tego czy Hawk wyłączy generatory, w komunikatorze usłyszałem głos
- Nasz ptaszek właśnie wszedł do kontroli generatorów – to była Aisha, miała osłaniać Hawka i eliminować z dystansu przeciwników na jego drodze – na murach jest jakieś poruszenie, być może już wiedzą o Hawku – dodała.
- Musimy uderzyć – wydałem rozkaz – teraz!
Nie musiałem powtarzać dwa razy, Sylvian i Yazz zaczęli wydawać komendy, kolejna eksplozja, Mandalorianie stracili kolejną wieżyczkę, na murach rozbłysnęły światłą z blasterów, ktoś z naszych musiał dostać się na mury, ostrzał z murów był dużo mniejszy niż wcześniej, mimo to cały czas nad głowami świstały nam strzały z blasterów.  Szturmowaliśmy mury obok mnie biegło dwóch komandosów, nie rozpoznałem ich, od razu rzuciło mi się w oczy to że ich zbroje były praktycznie nowe, rekruci którzy do nas dołączyli przed misją, błysk, jeden z rekrutów padł z dziurą w brzuchu, na murach celował do nas jeden z Mandalorian, wycelowałem w niego i strzeliłem, nim jego martwe ciało spadło na ziemie strzelałem już do kolejnego celu, byłem w transie.
- Tarcze wyłączone, powtarzam, tarcze wyłączone – w komunikatorze rozległ się głos Hawka, po chwili usłyszałem głos Bal-ama rozkazującego flocie ostrzelanie bazy, czekałem na huk, lecz ten ciągle nie rozbrzmiewał, ukryłem się za głazem za którym chował się już Sylvian.
- Gdzie ten deszcz? – Zapytał, lecz ja już wiedziałem że deszczu nie będzie, spoglądałem właśnie na niebo, gdzie niszczyciel Republiki z którego miał nadejść ostrzał właśnie płoną wchodząc bezwładnie w orbitę. Niesamowity i przerażający widok dwa statki nie widziałem reszty statków Republiki na niebie został również jeden statek Mandalorian który ustawiał się burtą w stronę planety.
- Włącz tarcze Hawk! – Wykrzyknąłem przerażony – już!
-Co? – Usłyszałem zdezorientowanego hawka – Włączyć tarcze?
- Mandalorianie zaraz spuszczą na nas deszcze- krzyczałem – szybko!
   Z komunikatora usłyszałem serie przekleństw, lecz za późno, pierwsza salwa ze statku Mandalorian spadła na wzgórza z których odział Aishy ostrzeliwał bazę, raz, dwa, trzy huki zagłuszyły całe pole, ze wzgórza nie pozostało prawie nic. Na niebie rozbłysnęła kolejna salwa, miałem wrażenie że promień leci dokładnie w miejsce w którym stoję, nagle promień znikł w rozbłysku a w miejscu w które uderzył pojawiła się błękitna poświata, Hawk aktywował generatory pola siłowego. Z komunikatora nadszedł rozkaz
   - Tu komandor Bal-am Katsure – głos Bal-ama był zdeterminowany – straciliśmy właśnie pomoc z orbity, ratunek nie nadejdzie, musimy sami zadbać o nasze życie, by to zrobić musimy zdobyć twierdze inaczej zaleją nas posiłki Mandalorian, niech Moc będzie z nami.
   Rozkazy były proste, przeżyć i zdobyć fortece, tylko jak się wspiąć na mury? Ku mojemu zdziwieniu brama do twierdzy otwarła się, żelazne wrota powoli otwierały się do góry, ze środka wybiegł ubrany w Republikańską zbroje komandos.
   - Alderan – ktoś ze zdrowym rozsądkiem wykrzyknął hasło do komandosa, kilka blasterów było w niego wycelowanych, gdy nie usłyszą prawidłowego odzewu zaczną strzelać.
   - Rancor – odpowiedział komandos, odzew był prawidłowy, mieliśmy kilka takich haseł by odróżnić wrogów od przyjaciół, komandos podbiegł do nas i powiedział.
   - Kapitan Looman zajął kontrole drzwi i stara się oczyścić mury ale sprzedałyby się posiłki – zameldował, nie wiem jakim cudem Looman to zrobił, ale zdobył przewagę które może pozwoli nam odwrócić szale zwycięstwa.
   - Wchodzimy, Sylvian ty i twój odział na mury – wykrzykiwałem rozkazy – Yazz razem zaatakujemy centrum dowodzenia.
   Ruszyliśmy, tuż za brama rozciągał się plac a na nim kilka budynków z centralnym na środku, to musiało być centrum dowodzenia, po przeciwnej stronie placu brama również się podnosiła, do środka wbiegli ludzie dowodzeni przez Lotara kory miał zdobyć wierzę komunikacyjną znajdującą się około kilometra na południe, Yazz nie czekał długo i jego ludzie ruszyli na pomoc Lotarowi, wzięci w krzyżowy ogień Mandalorianie nie mieli najmniejszych szans, na murach ludzie Sylviana i resztki oddziału Loomana również kończyli sprawę, plac był nasz. Wysłałem wiadomość do Bal-amam widzieliśmy poruszenie w centralnym budynku, resztki Mandalorian barykadowali się w czekając na ostatni atak.
   - Nie wiem jak to zrobiłeś Looman – powiedziałem do zbliżającego się mężczyzny – ale tylko dzięki tobie odnieśliśmy zwycięstwo.
   - Odrobina sprytu, trzy uncje szkolenia i olbrzymia ilość szczęścia – odparł Looman – rozbiliśmy się w samym centrum bazy – wskazał na wrak transportowca, mieli sporo szczęścia że przeżyli zderzenie z ziemią.
   Po chwili zjawił się Bal-am wraz z Tia’nah i ludźmi którzy zostali przydzieleni do ich obrony, na twarzy komandora widać było skupienie i zmęczenie, mimo podeszłego wieku dalej znosił trudne warunki pola walki.
   - Przejęliśmy kontrole niemal nad całą bazą – zameldowałem – zostało centrum, Mandalorianie zabarykadowali się w środku.
   - To cud że udało wam się zdobyć tą fortece – powiedziała Tia’nah rozglądając się dookoła
   - Nie cud tylko mój militarny kunszt – powiedział zgryźliwie Looman – ja zawsze wiem gdzie zaparkować.
   - Jakieś wieści od Aishy? – Spytał zaniepokojony Lotar
   - Nic – odpowiedział ze smutkiem w głosie Bal-am – od uderzenia nikt z jej oddziału się nie zameldował.
   Aisha była bliska Bal-amowi, wszyscy o tym wiedzieli, stary Bal myślał że dobrze ukrywa swoje uczucia, lecz my znaliśmy ich oboje, stary pryk gdyby mógł pobiegłby jej teraz szukać.
   - Musimy zdobyć centralny budynek - przerwałem milczenie, gdy będziemy mieć pod kontrola całą bazę, będziemy mogli się w niej bronić dopóki pomoc nie nadejdzie. Bal-am kiwnął głową, już miał plan.
   - Looman ty zostajesz z tyłu osłaniaj Tia’nah – powiedział starzec – Yazz na mury i obserwuj co się dzieje, reszta oddelegujcie ludzi którzy mają jeszcze siły, uderzymy jak tylko będziecie gotowi.
   Bal-am miał do dyspozycji około dwustu ludzi którzy przeżyli atak i nie byli ranni, wybrał dziesięciu i razem ruszyliśmy do środka.  Gdy tylko właz się otworzył ze środka posypał się grad z blasterów, dwa granaty błyskowe powinny załatwić sprawę, wrzuciłem jeden z nich do środka, błysk i ruszyliśmy, Bal-am wymachiwał swoim mieczem chroniąc nas przed zabłąkanymi strzałami oślepionych Mandalorian, nie zajęło nam dużo czasu by opanować pomieszczenie, udało nam się pojmać kilku Mandalorian, zatrzymaliśmy się przed ostatnimi drzwiami do sali dowodzenia.
   - Dowódco Mandalorian – powiedział głośno Bal-am – posłuchaj głosu rozsądku i poddaj się a oszczędzisz życie swoje i sowich ludzi.
   - Prędzej umrę niż się poddam – twardy głos dobiegł ze środka.
   Bal-am tylko machnął ręka jak by próbował chwycić cos w powietrzu, ze środka dobiegł odgłos blastera, Bal-am spokojnie wszedł do środka, w pomieszczeniu stał jeden Mandalorianin celując swoja broń w ciała towarzyszy, na jego twarzy malowało się przerażenie, gdy zobaczył Bal-ama podniósł blaster i strzelił sobie w głowę. Baza była nasza.
   Zaraz przed zmrokiem nadeszła jeszcze jedna dobra wiadomość, Aisha z częścią swojego oddziału postanowiła zmienić pozycje by wesprzeć atak na bramę tuż przed bombardowaniem Mandalorian, ci co zostali zginęli lecz Aisha i kilkoro komandosów znalazło się poza obszarem rażenia.
   Lotar ostatecznie nie zdobył wierzy komunikacyjnej, postanowił zaatakować bazę gdy zobaczył na niebie Niszczyciel wpadający w atmosferę. Teraz byliśmy bez pomocy i bez informacji. Nie znaliśmy wyniku próby przełamania blokady przez Jedi, byliśmy sami na terenie wroga.   
***
   Gram wraz z Khas’aret z napięciem słuchali raportu Kapitana Keyisa, żadne z nich wcześniej nie brało udziału w bitwach, Gram czytał nie jeden raport z frontu, ale sytuacja w jakiej znaleźli się wtedy członkowie 303 Dywizjonu była beznadziejna.
   - Nie sądziłam że Jedi mogą wykorzystywać Moc w taki sposób – pierwsza przerwała ciszę Khas’aret – zmuszenie kogoś do zabicia swoich kompanów… Tak walczą Sithowie, nie Jedi…
   - Na wojnie robi się wszystko by przetrwać – Gram starał się uspokoić Khas’aret, lecz sam był zaniepokojony tym co usłyszał – Mamy coś jeszcze?
   - Tak - odpowiedziała Khas’aret, odwróciła się w stronę konsoli – Niejaki Dave Barett, niestety nie kojarzę go z opowiadań o Duchach
   - Zobaczmy jakie tajemnice Dave nam zdradzi – powiedział Gram
   Na terminalu znowu pojawił się hologram, młody mężczyzna, za młody na wojnę pomyślał Gram, Dave Barett również był ubrany w zbroje Republikańskich Sił Zbrojnych.
   - Szeregowy Dave Barett z 303-ciego Dywizjonu Republikańskich Sił Zbrojnych, to mój pierwszy przydał i od razu okazał się katastrofą – powiedział smutno Hologram – po zdobyciu Fortecy Mandalorian musieliśmy przygotować się na odparcie ataków ze strony Mandalorian, pierwszy atak nastąpił kilka dni po zdobyciu twierdzy, po nim następne, lecz twierdza była niemal nie do zdobycia, po miesiącu pogoda na planecie zaczęła się pogarszać, chłód i śnieg zaczął nam doskwierać…

Offline SniperX

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Żołnierz
  • *
  • Wiadomości: 32
    • Light Side
    • Zobacz profil
  • Gildia: 303rd Republic Unit - Ghosts of Toprawa
  • Klasa: Jedi Consular - Sage
Odp: Historia Duchów z Toprawy
« Odpowiedź #2 dnia: Grudzień 09, 2011, 17:33:35 pm »
Raport 2: Dave Barett – Zima na Toprawie


   Nigdy nie sądziłem że znajdę się w takiej sytuacji, jesteśmy na wrogim terenie odcięci od informacji i zaopatrzenia. Nie wiemy jak potoczyła się bitwa, Stary mówi że gdyby blokada została przełamana to pomoc już by nadeszła, codziennie staje na murze i wpatruję się w niebo, lecz tam wiszą tylko dwa Mandaloriańskie krążowniki czyhające tylko na chwile w której pola siłowe opadną, raz na jakiś wystrzelą w naszym kierunku salwę by przypomnieć o sobie. Już minął miesiąc od kiedy przejęliśmy twierdzę i jak dotąd skutecznie jej bronimy, niecałe dwieście osób pozostał z ponad tysiąca jaki uczestniczył w ataku, jestem szczęściarzem, podczas ataku zostałem oddelegowany do ochrony Starego i jego uczennicy, nie będę narzekał, żyje gdy pozostali kadeci połączyli się już z Mocą.
   Pogoda na Toprawie bardzo się popsuła, śnieg padał intensywnie od kilku dni niemal całkowicie przesłaniając mi horyzont co sprawiało że moja warta na murach była całkowicie bezsensowna. Z drugiej strony Mandalorianie mieli bardzo ograniczone możliwości ataku. Zapasów mamy pod dostatkiem, Mandaloriańskie magazyny pełne były żywności a generatory fortecy zapewniały nam elektryczność, w jednym z magazynów nawet znaleźliśmy części zapasowe co pozwoliło nam naprawić część z wieżyczek na murach.
   - Otworzyć bramę – usłyszałem słaby krzyk – Nasi wracają.
   Popatrzyłem na plac, przez bramę weszło kilak sylwetek, to zwiad który został wysłany wczoraj, mieli oni sprawdzić obóz Mandalorian który mieścił się przy wierzy komunikacyjnej, byłem ciekaw co znaleźli lecz nie mogłem opuścić posterunku. Sylwetki skierowały się w stronę kantyny. Kantyna to zwykły barak który urządziliśmy jako miejsce odpraw, ludzie zbierali się tam gdy nie pełnili służby, grali w pazaaka i pili napój destylowany przez Hawka, który smakował jak szczyny Banthy lecz pomagał choć na chwile zapomnieć w jakiej jesteśmy sytuacji, brakowało tylko tancerek.
   Zimno zaczęło mi naprawdę doskwierać, na moje szczęście przyszedł Ton który był moją zmianą, klepnął mnie w ramie i wskazał na kantynę, moja zmiana dobiegła końca. Udałem się do kantyny, po drodze spotkałem Aishe która pełniła wartę przy północnej bramie, gdy mnie zobaczyła uśmiechnęła się jak by właśnie wypatrzyła swoją ofiarę.
   - Jak jest Młody – otulając mnie swoja ręką niczym najlepszego kumpla – skończyłeś zmianę?
   Nie odpowiedziałem, było mi zbyt zimno, przyległo do mnie przezwisko „Młody”, byłem z nich najmłodszy, nie bardzo mi się to podobało ale wszyscy mi tak mówili.
   - To co? – Spytała z chytrym uśmiechem – partyjka Pazaaka?
   - Musze się napić – odparłem zrezygnowany – Pazaak też może być
   - Świetnie! – Wykrzyknęła – nawalmy się tak że jutro nas na wartę nie zbudzą!
   Aisha była jaka była, szaloną manipulantką, głośna i pełna energii, ale była też jedyną osobą która samą swoją obecnością sprawiała że Morale szło w górę a jej słowne utarczki z Hawkiem dawały nam tematy do rozmów i żartów. Była duszą tego oddziału.
   W Kantynie jak zwykle siedziała masa ludzi, zapach był troszkę nieprzyjemny ale przyzwyczajałeś się do niego w miarę szybko, usiedliśmy w wolnym koncie, Aisha krzyknęła w stronę Hawka lecz ten zdawał się jej nie słyszeć.
   - Ignoruje mnie – wycedziła przez zęby i z całej siły rzuciła swoim Chełmem w stronę uśmiechającego się Hawka, ten akurat odwrócił się w naszą stronę przyjmując uderzenie prosto na twarz, wyraz zaskoczenia pomieszanego z triumfem pojawił na twarzy Aishy.
   - Ty zapyziała stara Bantho! – Wykrzyknął Hawk jednocześnie starając się zatamować krew spływającą z nosa – że też nie wyczułem twojego zapachu gdy tu weszłaś!
   - Stara?! – Wykrzyknęła Aisha ze złością – ty zużyty wibratorze Twi’lekańskiej zdziry!
   - O Grabisz sobie – krzyczał podrażniony Hawk – masz szczęście że jesteś kobieta!
   - A co? Boisz się że kobieta spuści ci łomot? – Wypaliła Aisha wskakując na stół i rzucając się w stronę Hawka, ten przyjął parę ciosów, lecz wyraźnie starał się unikać zadawania ciosów Aishy, próbował bezskutecznie założyć jej jakąś dźwignię by ją unieszkodliwić.
   - Stawiam dechę na Hawka – usłyszałem glos Loomana, reszta też robiła zakłady, Lotar siedział w kącie przyglądając się bójce, po chwili było po wszystkim, Aisha wykręciła rękę Hawkiemu uniemożliwiając mu ucieczkę, ten trzy razy odstukał w podłogę i po walce, Aisha go puściła, wszyscy komentowali przebieg walki, zerknąłem ukradkiem na Lotara, ten przyjmował Kredyty od kilku ludzi, nie mogłem w to uwierzyć ale chyba poważny Lotar postawił na Aishe, drzwi do Kantyny otwarły się do środka wszedł Stary i Pułkownik, zlustrowali wszystkich, Stary tylko pokręcił głową i zwrócił się do Aishy.
   - Znowu się biłaś? – W jego głosie słychać było rozbawienie ale też niewielką ilość zawodu.
   - No co? – Wypaliła Aisha – On zaczął!
   - Że niby ja? – Podniósł się Hawk – ty stara….
   - Wystarczy! – Zagrzmiał Pułkownik – Aisha, Hawk przez najbliższy tydzień zajmujecie się latrynami! - Na Sali słychać było śmiech, Pułkownik odwrócił głowę w stronę z której dochodził śmiech – Ktoś chce do nich dołączyć?!
   W kantynie panowała teraz grobowa cisza, nikt nie ważył się wystawić cierpliwości pułkownika na próbę, Stary podszedł do baru i powiedział.
   - Raport ze zwiadu nie jest dobry – atmosfera w kantynie była niezwykle ciężka, gdybym miał przy sobie wibroostrze mógłbym ja bez problemu pociąć, gdy raport był zły zwykle oznaczało to atak Mandalorian. Nie zawiedliśmy się.
   - Mandalorianie przywieźli kilka Maszyn Kroczących – kontynuował Stary – Na razie śnieg nie pozwala za bardzo Mandalorianom na ich użycie, lecz gdy tylko przestanie padać możemy spodziewać się ataku.
   Chwila przerwy, maszyny kroczące oznaczały duży problem, piechota nie była w stanie poradzić sobie z dużymi murami twierdzy, lecz maszyny kroczące miały wystarczającą siłę ognia by zrobić wyrwę w murze.
   - Musimy uderzyć pierwsi – powiedział pewnie Pułkownik
   - Jak? – Zapytał Looman – mają nad nami dziesięcio-krotną przewagę
   - Wyślemy mały zespół który podłoży ładunki wybuchowe – odpowiedział Pułkownik – nie zdetonujemy ich od razu, poczekamy aż Mandalorianie zaatakują i wtedy je zdetonujemy, to sprawi że ich morale drastycznie spadnie.
   Pomysł był świetny, ale nawet ja widziałem w nim luki, jak się zakradniemy do obozu Mandalorian? Ktoś zadał to samo pytanie tylko że na głos.
   - Hawk, Lotar i trzech ochotników podłoży ładunki, Aisha będzie ich osłaniać z daleka a Tia’nah użyje Mocy by ogłupić straże, tak by te nie zwróciły na was uwagi – powiedział Pułkownik, jak zwykle razem ze Starym mieli gotowy plan działania.
   - Tia tak potrafi? – Ktoś spytał
   - Każdy Jedi tak potrafi – odparł Lotar – ale Tia’nah potrafi to połączyć z Bitewną Medytacją i ogłupić większą ilość strażników.
   - Jak już mówiliśmy – Stary przejął pałeczkę od Porucznika – potrzebujemy trzech ochotników.
   Może trudno w to uwierzyć ale wszyscy się zgłosili, Porucznik wybrał trzech, potem podszedł do mnie i powiedział.
   - Młody ty też idziesz, ale zostaniesz z tyłu z Tia’nah – świetnie, pomyślałem, byłem załamany, ostatni z „Nowych” i przyjdzie m zginąć na samobójczej misji.
   - Niech Moc będzie z wami – powiedział Stary i razem z Porucznikiem ruszyli do wyjścia – ruszacie jutro rani, prześpijcie się.
   Wiedziałem że ja oka nie zmrużę. Kolejnego dnia spotkaliśmy się na placu, śnieg dalej padał lecz już nie tak intensywnie jak dzień wcześniej, byłem ostatni reszta już czekała, Hawk i Aisha jak zwykle się kłócili, Lotar z kamienna twarzą przysłuchiwał się kłótni, trzema ochotnikami okazali się być Chiss, Bam i Skiip stali razem i o czymś mówili, Tia’nah stała obok Starego.
   - Dobrze – powiedział Stary - skoro wszyscy jesteście pamiętajcie o tym by za bardzo nie ryzykować, gdyby misja się nie powiodła wracajcie jak najszybciej do Twierdzy.
   - Damy rade Mistrzu – powiedziała Tia’nah z pewnością której mi brakowało.
   - Nie ryzykujcie – powiedział Stary – Niech Moc będzie wami.
   Ruszyliśmy w stronę bramy, na placu byli chyba niemal wszyscy, udawali że coś robią, część odśnieżała plac, część pełniła nieswoja wartę na murach inny po prosu „przechodzili”, wszyscy jednak kiwnięciem głowy życzyli nam powodzenia, wiedziałem że jak tylko wyjdziemy zza bramę większość uda się z powrotem do Kantyny, za sobą usłyszałem głos Pułkownika
   - No skoro wszyscy są na zewnątrz to może przeprowadzimy ćwiczenia? – Jęki zawodu było słychać jeszcze wyraźniej, cieszyłem się że idę na misje, ćwiczenia Pułkownika to prawdziwa Katorga.
   Ruszyliśmy w przeciwną stronę niż obóz Mandalorian, plan był taki by obejść obóz do dokoła i zajść ich z drugiej strony, zawsze jakiś element zaskoczenia. Po godzinie marszu zatrzymaliśmy się by odbić na północ w stronę obozu Mandalorian.
   - Zastanawiam się co przeskrobałem – powiedziałem na głos, wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni.
   - No czemu Pułkownik wybrał mnie na misje – kontynuowałem – Wiem czemu wy tu jesteście ale dlaczego ja?
   - Jak to wiesz czemu? – Spytała Aisha
   - No ty i Hawk jesteście tu za bójkę, Lotar za to że przyjmował zakłady, Chiss, Bam i Skiip sami się zgłosili a Tia’nah z powodu swojego talentu, ale ja?
   - Zaraz – powiedział Hawk – przyjmowałeś zakłady? – Zwrócił się do Lotara- na kogo postawiłeś?
   - Na nikogo – odpowiedział spokojnie Lotar
   - A ile wygrałeś? – Spytała sprytnie Aisha
   - Sporo – odparł tajemniczo Lotar zadając kłam wcześniejszym słowom
   - Postawiłeś że przegram? – Spytał Hawk – I ty nazywasz się moim kumplem?
   - Nie – odparł spokojnie Lotar – To ty mówisz że nim jestem.
   Wszyscy za wyjątkiem Hawka wypchnęli śmiechem, nigdy nie słyszałem by Lotar żartował, lecz ludzie mówili że to się zdarza, nie bardzo chciałem im wierzyć.  Ruszyliśmy dalej, po kilkunastu metrach Tia’nah podeszła do mnie i powiedziała.
   - Ja o ciebie poprosiłam – miała niezwykły głos który sprawiał że robiło mi się ciepło w środku, nie wiedziałem co powiedzieć, czemu mnie wybrała?
   - Pilnowałeś mnie podczas ataku na twierdze – odparła jakby czytała w moich myślach – a gdy upadłam i skręciłam kostkę, podałeś mi rękę i pomogłeś chodzić, wiem że mogę na ciebie liczyć.
   Uśmiechnąłem się dumnie, ona odwzajemniła mój uśmiech, można było wyczytać w jej uśmiechu odrobinę rozbawienia, ale nie przeszkadzało mi to. Szliśmy razem rozmawiając puki nie zapadł zmrok.
   Do bazy Mandalorian dotarliśmy godzinę po zachodzie słońca, schowaliśmy się z Tia’nah w jaskini nieopodal, Aisha zajęła miejsce na wzniesieniu czterysta metrów na wschód, a reszta zbliżyła się do bazy. Zostawiłem Tia’nah na osobności by mogła się skupić, byłem ciekaw jak pójdzie misja, ległem nieopodal jaskini w punkcie w którym widziałem bazę, wyciągnąłem termo-lornetkę i próbowałem wypatrzeć naszych, akurat zobaczyłem jak Chiss podchodzi do jednego ze strażników nie alarmując go złamał mu kark. Usłyszałem głos Aishy z komunikatora.
   - Młody, trzydzieści metrów od ciebie na wschód – jej głos był opanowany – patrol Mandalorian, do jaskini ale po cichu.
   Byłem przerażony, ruszyłem się powoli w stronę wejścia do jaskini, gdy do niej dotarłem Tia’nah podniosła głowę i spojrzała na mnie.
   - Co się dzieje? – Spytała, najwyraźniej wyczuła mój niepokój, przyłożyłem palec do ust i kazałem zachować ciszę, głos Aishy ponownie zabrzmiał z komunikatora
   - Zbliżają się do jaskini, zachowaj ostrożność – tym razem jej głos zdradzał oznaki niepokoju.
   Rzeczywiście po chwili usłyszałem męskie głosy przy wejściu do jaskini, razem z Tia’nah opieraliśmy się o ścianę jaskini próbując się z nią scalić, poczułem jak Tia’nah bierze mnie za rękę, drżała. Zdałem sobie sprawę z tego ze Tia’nah nie brała bezpośrednio udziału w walkach, przeważnie zostawała na tyłach gdzie mogła w spokoju medytować. Odbezpieczyłem Blaster, wpatrując się w wejście.  Przy uchu zabrzmiał mi komunikator, usłyszałem kilaka przekleństw Aishy, rozległ się huk a następnie uderzenie ciężkiej zbroi o kamienie, dwóch Mandalorian wpadło do środka jaskini, chowali się przed ostrzałem, to pewnie Aisha pomyślałem, wiedziałem że jeśli mamy wyjść z tego cało muszę zacząć działać, wycelowałem blaster i strzeliłem, jeden z Mandalorian padł martwy, drugi zdezorientowany odwrócił się w moja stronę, wystrzeliłem ponownie trafiając go w pierś, ten w ostatnim oddechu nacisną spust strzelając w górę, strop jaskini zaczął się walić.
   - Przerwać misje, powtarzam – głos Aishy rozbrzmiewał mimo huku walących się skał – Zostaliś…. od….ci, prz…. misje.
   Sygnał się urywał, instynktownie pchnąłem Tia’nah w głąb jaskini a następnie wskoczyłem na nią osłaniając ją przed spadającymi kamieniami, miałem wrażenie że mijają godziny, w końcu nastała cisza, moje mięśnie były naprężone do granic wytrzymałości, spróbowałem wstać, twarda zbroja osłoniła mnie przed spadającymi kamieniami ale mimo to plecy miałem całe potłuczone, udało mi się podnieść bez większych problemów, kilak kamieni osunęło mi się z pleców lecz na szczęście znaleźliśmy się poza zawałem.
   - Wszystko w porządku? – spytałem Tia’nah
   - Chyba tak – odparła drżącym głosem, po chwili podniosła się z ziemi otrzepując z pyłu, spojrzałem w stronę wyjścia, całkowicie zawalone.
   - Aisha słyszysz mnie? – powiedziałem do komunikatora, zero odpowiedzi, za duże zakłócenia. Rozglądnąłem się do dokoła, tunel prowadził dalej w głąb jaskini, nie widziałem jak daleko.
   - Co teraz? – spytała Tia’nah, jej głos drżał z przerażenia
   - Musimy poszukać wyjścia – powiedziałem spokojnie, musiałem sprawić wrażenie że wiem co robić a w głębi duszy byłem przerażony – może jest drugie wyjście? – wskazałem na tunel. Z plecaka wyciągnąłem dwie małe latarki, racje mieliśmy najwyżej na jeden dzień, reszta ekwipunku została na górze w miejscu w którym mieliśmy się spotkać po wykonaniu misji. Podałem jedna latarkę Tia’nah i ruszyłem w  głąb tunelu, Tia’nah z początku się ociągała lecz po chwili ruszyła za mną.    
   Tunel był wąski lecz na tyle wysoki że mogliśmy iść wyprostowani, lekko opadał w dół po kilkunastu minutach usłyszałem szum wody.
   - Podziemna rzeka – powiedziałem do tyłu, były to pierwsze słowa odkąd zagłębiliśmy się w jaskinie – przynajmniej uzupełnimy zapasy wody.
   - Myślisz że uda nam się z tond wydostać? – zapytała cicho.
   - Oczywiście – odparłem pewnie – Przecież muszę się odegrać na Aishy w Pazaaka
   - W tą grę w którą gracie w Kantynie? – spytała – nigdy nie rozumiałam jej zasad.
   - Jest całkiem prosta – powiedziałem – jak chcesz mogę nauczyć cię w nią…
   Przerwałem w pół zdania, ślepa ścieżka, tunel kończył się nagle przed nami.
   - Co się dzieje? Czemu stoimy? – spytała Tia’nah
   - Tunel się skończył - podeszła bliżej, nagle grunt pod nami się zapadł, zaczęliśmy zjeżdżać po śliskiej skale, krzyk Tia’nah mieszał mi się z hukiem zbroi odbijającej się od skał, uderzyłem o podłożę, następnie Tia’nah wpadła na mnie, leżeliśmy przez chwilę bez ruchu.
   - Dave – głos Tia’nah był strasznie cichy – Dave żyjesz?
   Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę że Tia’nah potrząsa mną delikatnie, ocknąłem się, twarz Tia’nah była brudna i zakrwawiona, malował się na niej wyraz bólu.  Wstałem cały obolały, popatrzyłem na Tia’nah ciągle siedziała.
   - Wszystko w porządku? – spytałem zmartwiony
   - Moja noga – jej głos zdradzał że walczy z bólem – nie mogę nią ruszać.
   Nachyliłem się jej skórzane spodnie były nasiąknięte krwią, spróbowałem wyprostować jej nogę, krzyk bólu wypełnił jaskinię. Wyciągnąłem nóż i rozciąłem spodnie, noga była złamana. W plecaku miałem polową apteczkę, wciągnąłem środek przeciwbólowy i wbiłem igłę w udo Tia’nah. Po chwili spróbowałem nastawić kość, krzyknęła z bólu mimo środka przeciwbólowego, prowizoryczny opatrunek i spray powinny na razie zabezpieczyć ranę, ale bez pomocy specjalisty może być źle.


Offline SniperX

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Żołnierz
  • *
  • Wiadomości: 32
    • Light Side
    • Zobacz profil
  • Gildia: 303rd Republic Unit - Ghosts of Toprawa
  • Klasa: Jedi Consular - Sage
Odp: Historia Duchów z Toprawy
« Odpowiedź #3 dnia: Grudzień 09, 2011, 17:34:05 pm »
   Gdy opatrunek był gotowy, ułożyłem Tian’nah na ziemi, jej płaszcz posłużył mi za poduszkę, kazałem jej odpocząć, dopiero teraz doszedł do mnie szum rzeki, zacząłem się rozglądać. Znajdowaliśmy się w olbrzymiej jaskini, w której było nadzwyczaj jasno.  Poświata która rozświetlała jaskinię pochodziła z olbrzymich grzybów, które rosły w całej jaskini. Nie widziałem czy to moja wyobraźnia czy jakieś omamy ale w oddali zdawało mi się że widzę jakiś zarys budowli.
   Mijały godziny, Tia’nah w dalszym ciągu spała, co chwilę sprawdzałem czy oddycha,  zostawiłem ją tylko na krótka chwile gdy podszedłem do rzeki napełnić manierki z wodą.  W końcu Tia’nah się przebudziła. Była troszkę zdezorientowana, podałem jej manierkę z wodą.
   - Pomału – powiedziałem – dalej boli?
   Kiwnęła twierdząco głową, spróbowała się ruszyć, grymas bólu przebiegł po jej twarzy, nie mogliśmy tu zostać.
   - Widziałem w oddali jakieś budowle, powinniśmy do nich iść, jeśli ktoś je tu wybudował znaczy że musi być stąd drugie wyjście – powiedziałem.
   - Zostaw mnie – odparła – ja nie mogę iść.
   - Stary urwał by mi głowę gdybym cię tu zostawił – zażartowałem – poniosę cię, najwyżej będziemy się częściej zatrzymywać.
   - Dobrze wybrałam – powiedziała z bladym uśmiechem.
   - Słucham? – zapytałem zdezorientowany
   - Dobrze  wybrałam – powtórzyła – gdy poprosiłam żebyś to ty mnie pilnował.
   Uśmiechnąłem się dumnie, podałem jej coś do jedzenia, niestety była to końcówka zapasów, międzyczasie pozbierałem rzeczy z obozowiska. Gdy skończyliśmy wziąłem Tia’nah na plecy, nie była ciężka. Nie minęła godzina marszu gdy Tia’nah poprosiła o odpoczynek, nie odmówiłem, zaczynałem czuć zmęczenie w nogach. Rozpaliłem prowizoryczne ognisko, na powierzchni panowała zima tu w jaskini było dużo cieplej lecz i tu można było porządnie zmarznąć.
   - Tamte grzyby można jeść – powiedziała Tia’nah
   - Słucham? – wytrącony z zadumy nie widziałem o co jej chodzi.
   - Te małe ciemne grzyby – wskazała palcem – są jadalne
   - Skąd wiesz? – spytałem niedowierzając
   - Czytałam przed misją – powiedziała – znam większość roślin z Toprawy, poznaje te grzyby.
   Tia’nah kazała mi nazbierać kilka i ugotować z nich zupę, zupa była strasznie gorzka, lecz zaspokajała nasze potrzeby.  Minęło kilka dni, a przynajmniej tak mi się zdaje, gdyż pod ziemią trudno to ocenić, zaczęliśmy się zżywać, rozmawiać o przeszłości, prosiłabym nazywał ja Tia, nie znałem jej zbyt dobrze wcześniej lecz teraz wydawała mi się bliższa niż połowa ludzi z 303-jki.
 W końcu dotarliśmy do zabudowań które widziałem z daleka. Była to zdecydowanie ludzka budowla, wyglądała na bardzo starą, konstrukcja wydawał mi się znajoma mimo że nie potrafiłem jej zidentyfikować, wyglądała jak piramida ze schodami prowadzącymi na szczyt, na szczycie zamiast stożka znajdował się niewielki budynek z którego emitowała lekka poświata, kłóciliśmy się chwilę z Tiją o to czy mam ją zostawić na dole czy wziąć ze sobą, nie dałem się sprowokować i zostawiłem ją nieopodal piramidy, sam wspiąłem się ostrożnie po schodach do góry, budynek miał tylko jedno pomieszczenie na środku stał podest z trójkątnym urządzeniem od którego biła czerwona poświata. Nigdy nie widziałem czegoś takiego, czerwony kryształ okryty runami i metalowymi obiciami, podniosłem go i dokładniej obejrzałem, może Tia będzie w stanie powiedzieć mi co to jest, wyszedłem z budynku, ze szczytu piramidy widziałem całą jaskinie, na wschodnim brzegu jaskini ujrzałem schody wykute w skale prowadzące do góry, uśmiechnąłem się i pognałem w dół piramidy, Tia siedziała dokładnie tam gdzie ją zostawiłem.
- I co? – spytała – znalazłeś coś?
- Widziałem schody prowadzące do góry – powiedziałem radośnie – być może na powierzchnie.
- Daleko? – spytała z nadzieją
- Kilka dni drogi w tamtym kierunku – odparłem wskazując jedną ze ścian jaskini – znalazłem tez dziwny kryształ, zobacz – pokazałem jej znalezisko.
   Tia nabrała powietrza w płuca gdy zobaczyła kryształ, minęło dopiero kilka chwil nim je wypuściła, musiała rozpoznać znalezisko.
   - Wiesz co to jest? – spytałem
   - Co? Tak! – ocknęła się  - To Holocron, ale nigdy nie widziałam takiego kształtu. Mogę?
   Podałem jej kryształ, w jej rękach zaczął intensywniej świecić. Na jego szczycie pojawiła się postać ubrana w kaptur.
   - Hologram? – zapytałem zdziwiony, uciszyła mnie gestem.
   - Ah! Adeptka Mocy – odparł Holocorn – Jestem… Dal-Kun, Mistrz Zakonu
   Nic nie rozumiałem, inteligentny Hologram? Ale jak to możliwe.
- Wyczuwam w tobie olbrzymią Moc – kontynuował Dal-Kun – I widzę że posiadasz rzadki dar, mógłbym ci pomóc go rozwinać.
- Zaraz – przerwałem – nie wiemy co to jest
- Spokojnie – uspakajała mnie Tia – już miałam do czynienia z Holocronami, ten nie różni się niczym.
 - Jesteś pewna? – spytałem z obawą
- Holocrony zawierają nauki starych mistrzów Jedi – odparła – nic mi nie grozi.
Nie czułem się bezpiecznie, miałem złe przeczucia i zapewnienia Tiji wcale mnie nie przekonywały. Czekała nas ciężka i długa droga.


***
Raport się skończył Gram wpatrywał się jeszcze przez chwilę w terminal gdy z zadumy wyrwał go głos Kas’aret.
- Dziwne – Gram odwrócił się w jej stronę, wpatrywała się w terminal przeszukując zawartość Archiwum – w Archiwum Zakonu nie ma nikogo o imieniu Dal-Kun.
- Ale Holocron powiedział że był jednym z Mistrzów Zakonu – odparł Gram
- Ale w Archiwach go nie ma, a to znaczy że nie należał do Zakonu – upierała się Khas’aret
- Może któryś z kolejnych raportów sprawa się wyjaśni? – zaproponował Gram
- O mam! – krzyknęła Khas’aret
Na terminalu pojawił się Hologram kobiety ubranej w szaty Jedi, młoda o długich czarnych włosach, Gram nie powiedział tego głośno, ale nawet Khas’aret nie dorównywała urodzie kobiecie z Terminala.
- Nazywam się Tia’nah del Amar, Padawanka na naukach u mistrza Bal-ama Katsure – rozpoczęła kobieta – Holocron Mistrza Dal-Kuna opowiadał mi o mocy i o używaniu jej, jedną z pierwszych nauk poświęcił na naukę wykorzystania mocy w celach leczniczych, moja złamana noga zaczęła się zrastać już po pierwszym dniu, nawet Dave musiał przyznać że Holocron nie stanowił zagrożenia…

Offline SniperX

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Żołnierz
  • *
  • Wiadomości: 32
    • Light Side
    • Zobacz profil
  • Gildia: 303rd Republic Unit - Ghosts of Toprawa
  • Klasa: Jedi Consular - Sage
Odp: Historia Duchów z Toprawy
« Odpowiedź #4 dnia: Grudzień 09, 2011, 17:34:42 pm »
Raport 3: Tia’nah del Amar – Upadek na Toprawie

   
   - Skoncentruj się – słyszałam spokojny głos – nadaj mocy kształt a następnie nadaj jej kierunek.
   Nowe ćwiczenie którego uczył mnie Holocron Mistrza Dal-Kuna nie było zbyt trudne, problem był ból w mojej nodze który nie pozwalał mi się skupić.
   - Wykorzystaj moc – kontynuował Dal-Kun – nakierują ją na ból w nodze i pozwól jej działać.   Zrobiłam jak mistrz kazał, czułam jak ból w nodze maleje, moc powoli zaleczała ranę i pomagała się zrosnąć kości. Ktoś wszedł do obozu wyrywając mnie z koncentracji.
   - Dave! – powiedziałam radośnie, młodzieniec uśmiechnął się do mnie, poczułam jak na twarzy pojawiają mi się rumieńce, bardzo go polubiłam.
   - Wszystko w porządku? – zapytał – Jak noga?
   - Dużo lepiej – odparłam z uśmiechem – Mistrz Dal-Kun uczy mnie jak przyśpieszyć gojenie przy pomocy Mocy, jeszcze kilka dni i będę mogła iść o własnych siłach.
   Dave nie był zadowolony, nie miał zaufania do Mistrza Dal-Kuna, raz niemal się o to pokłóciliśmy, na szczęście przyjął mój punkt widzenia i zaakceptował pomysł nauk z Holocronu, mimo że dalej nie był im przychylny.
   - Powinnaś coś zjeść – podał mi zupę z grzybów, wykrzywiłam się na myśl o kolejnym posiłku z tych paskudnych grzybów.
   - Niestety nie mamy nic innego – powiedział ze współczuciem, on też miał już dość tych zup.
   - Jeśli mi wolno – Holocron Mistrza Dal-Kun dalej był aktywny – W tej jaskini żyją małe stworki przypominające Scurriery z Tatooinie, nie są może daniem z bankietów lecz doskonale smakują po upieczeniu.
   - Masz na myśli te stworki z długimi ogonami? – spytał Dave- widziałem kilka niedaleko.
   - Jeśli smakują inaczej niż ta zupa zrobię wszystko by je zjeść – odparłam wpatrzona w talerz zupy. Dave zaśmiał się głośno i powiedział.
   - Dobrze złapie kilak dla ciebie - poniósł z ziemi blaster – ale w zamian umówisz się ze mną na randkę gdy już opuścimy tą planetę.
   - Wszystko żeby tylko zjeść coś innego – odparłam rozbawiona. Dave po chwili zniknął za kępą świecących grzybów.
   - Była by z was ładna para – odparł Dal-Kun
   - Co? – spytałam zaskoczona – Co? Nie! Nic z tych rzeczy!
   - Dlaczego nie? – spytał Holocron – przecież wyczuwam twoje uczucia, kochasz go.
   - Zakon nie pozwala kochać! – odparłam z lekka złością – Nie wolno mi!
   - Nauki Jedi nie zabraniają miłości  - stwierdził Dal-Kun – Miłość może uratować życie a nie je zniszczyć.
   - Ale zakon zabrania związków – upierałam się przy sowim zdaniu.
   - Zabronione jest przywiązanie –argumentował Mistrz Dal-Kun – Współczucie, które określić można mianem bezwarunkowej miłości jest esencją życia Jedi, można by rzec że nauki Jedi zachęcają nas do miłości.
   - Ale… - nie widziałam co o tym sądzić, z jednej strony od dziecka wpajano mi że miłość prowadzi na ciemna stronę mocy, z drugiej…. Naprawdę czułam coś do Davea… Już pierwszego dnia na Toprawie gdy pozwalał mi się wesprzeć się na jego ramieniu cos poczułam… Od tamtej pory bacznie go obserwowałam, a gdy natrafiła się okazja poprosiłam by został przydzielony do mojej ochrony…
   - Zaufaj swoim uczuciom – powiedział Hologram – niech one podpowiedzą co masz robić.
Czerwona poświata miękko zanikła, Mistrz Dal-Kun wyłączył się. W mroku pozostałam z własnymi myślami powoli tracąc rachubę czasu. Gdy się ocknęłam Dave wracał właśnie do obozu a w jego silnie zaciśniętej pięści zwisały trzy kreatury kołysząc się w martwym bezwładzie. W życiu bym czegoś takiego do ust nie włożyła lecz teraz, moje usta wypełnione były śliną a żołądek zaciskał się w bólu. Przyglądając się jak Dave przygotowuje posiłek myślałam o tym co powiedział mi Mistrz Dal-Kun. Sporo z tego co mówił miało sens. W mojej pamięci malowały się bez końca nauki Mistrzów w których rzeczywiście mówili o miłości, o miłości jako czymś dobrym. A może moje uczucie do Davea było czymś naturalnym dla Jedi(?)...
   - Proszę – Dave podał mi kawałek mięsa – zjedz puki ciepłe
   Wzięłam od niego mięso i włożyłam do ust, smak miało dziwny, ale w tej sytuacji smakowało lepiej niż cokolwiek co jadłam w swoim życiu. Zjedliśmy w ciszy, nie wiedziałam co mu powiedzieć, czy wyznać mu co czuje? Przeszedł mnie dreszcz, mimo bliskości ogniska było zimno, pomyślałam że jest to dobry pretekst.
   - Usiadłbyś obok mnie? – spytałam Davea – jest mi strasznie zimno…
   Mimo zdziwienia jakie pojawiło się na jego twarzy, Dave wstał i usiadł obok. Objął mnie silną ręką i przytulił. Nie byłam pewna co powinnam teraz zrobić, wpatrywałam się w ogień jakby prosząc go o poradę.

- Czy my tutaj umrzemy? – spytłam cichym, smutnym głosem łaknącym pocieszenia które w ostatnim słowie niemal zawisło w powietrzu. Miałam nadzieję...

- Na pewno nie! Znajdziemy wyjście. A te schody muszą gdzieś prowadzić! – zdecydowanie i pewnie odpowiedział Dave.

Po chwili, poczułam jego ciepłą rękę na włosach, głaskał mnie. Miałam nadzieję... i się nie zawiodłam, dodawał mi otuchy.
   - Masz kogoś kto na ciebie czeka? – spytałam cicho.
   - Tylko Aisha – odparł nie rozumiejąc pytania – mam jej oddać kredyty które przegrałem w Pazaaka
   - Ale mi chodzi o kogoś kto czeka na ciebie w domu – naciskałam
   - Ah… - zrozumiał w końcu pytanie – Nie, nie mam… - wyczułam smutek w jego głosie – uciekłem z domu i zaciągnąłem się na służbę, 303-jka jest moim jedynym domem teraz.
   - Ja poza mistrzem Bal-amem też nie mam nikogo – zwierzyłam się – jest dla mnie jak ojciec.
   - Jesteś sierota? – spytał zaskoczony
– Nie… nie wiem… - odparłam smutno - dzieci obdarzone mocą są zabierane od ich rodziców, gdy są jeszcze niemowlętami, od najmłodszych lat jesteśmy szkoleni w Zakonie.
- Smutne – odparł Dave
- Proszę? – spytałam zdziwiona
- Smutne to jest – odparł wpatrując się w ogień – nie zaznać dzieciństwa ani miłości matki
Nie odezwałam się nic, miał racje, tyle rzeczy uciekło mi między palcami, widziałam szczęśliwych ludzi z dziećmi na Coursant i zawsze im zazdrościłam. Siedzieliśmy wtuleni w siebie dłuższa chwile, w końcu nie wytrzymałam i pocałowałam Davea, nie mogłam się oderwać od jego ust, coś głęboko wewnątrz mnie krzyczało bym przestała lecz nie potrafiłam się opanować, Dave stawiał opór lecz po chwili również dał się ponieść chwili, całował mnie namiętnie, czułam jak jego dłoń wędruje po moim ciele, było za późno by się wycofać, gdybym nawet mogła się wycofać, nie zrobiła bym tego…
Nie wiem ile spałam, lecz gdy się obudziłam leżałam sama, uśmiechnęłam się gdy pomyślałam o tym co miedzy nami zaszło, nie żałowałam tego i nie czułam się winna. Lekka czerwona poświata zabłysła w obozie gdy Holocron Mistrza Dal-Kuna się aktywował, wystraszyłam się i próbowałam schować pod płaszczem którym byłam przykryta.
- Oj nie ma się czego bać dziecko – odparł Holocron – widzę że posłuchałaś mojej rady.
- Ja… - odparłam zdenerwowana – To nie…
- Spokojnie dziecko – odparł łagodnie Holocron – nie mam zamiaru cię pouczać, ale chciałbym ci coś pokazać.
- Pokazać? – spytałam zdezorientowana.
- Tak, pamiętasz jak wczoraj uczyłem cię technik leczenia ran? – spytał i nim zdążyłam odpowiedzieć powiedział – spróbujmy powtórzyć to ćwiczenie.
Zrobiłam jak kazał, usiadłam otulona płaszczem na ziemi i skoncentrowałam się, czułam moc i zaczęłam ją kierować w stronę złamanej nogi.
- Dobrze, dobrze – oparł Holocron – a teraz przypomnij sobie co się wczoraj wydarzyło, przypomnij sobie uczcie gdy tulił cię w ramionach…
Próbowałam przypomnieć sobie wszystkie chwile, moment uniesienia i uczucie podniecenia.
- Wystarczy – powiedział Mistrz Dal-kun – otwórz teraz oczy
Zrobiłam jak kazał, czułam się dziwne, spojrzałam na nogę i nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
- A-ale jak? – spytałam z niedowierzaniem – Po ranie nie ma ani śladu!
- Widzisz co może sprawić Moc połączona z uczuciem? – spytał Holocron – uczucia potrafią wyzwolić ukryte pokłady Mocy, różne uczucia maja różny efekt, miłość jest jednym z najsilniejszych uczuć.
   Mówił coraz ciszej, a ja niczym zahipnotyzowana słuchałam jego nauk, przez te kilka dni nauczył mnie więcej niż Mistrz Bal-am.
   - Jest jedno uczucie potężniejsze niż miłość – powiedział – uczucie tak potężne że tylko niektórzy mistrzowie warzą się po nie sięgać, a jest to…
   Do obozu wpadł Dave przerywając wykład Dal-kuna, na twarzy miał wyraz przerażenia, cos musiało się wydarzyć.
   - Mandalorianie – odparł wystraszony – szukają nas.
   - Ale jakim cudem? – spytałam również się denerwując.
   - Nie wiem ale musimy stąd uciekać – podał mi ubrania – ubieraj się szybko
   Gdy się ubierałam, Dave zbierał rzeczy z obozu, po chwili już uciekaliśmy w przeciwną stronę, nie minęło kilka chwil a za nami rozległy się krzyki Mandalorian , znaleźli nasz obóz, pewnie niedługo znajdą nasz trop, w dalszym ciągu korzystałam z pomocy Davea przy chodzeniu, brakowało mi rozchodzenia nogi, spowalniałam go, on o tym też wiedział, zatrzymaliśmy się niedaleko gęstej kępy grzybów, posadził mnie na ziemi i powiedział.
   - Spróbuj iść sama – dyszał ciężko – ja wezmę i pójdę w drugim kierunku, postaram się odciągnąć Mandalorian z dala od ciebie.
   - Nie zostawię cię – kłóciłam się
   - Popatrz tam na ścianę jaskini – wskazał palcem – tam są schody, na pewno prowadza do wyjścia, użyj ich i sprowadź pomoc, ja ich zatrzymam.
   - Ale… - rozpoczęłam lecz nie pozwolił mi nic powiedzieć.
   - Żadnego Ale, nie pozwolę by coś ci się stało – powiedział – za bardzo cię kocham, rozumiesz?
   Nie byłam w stanie mówić, łzy płynęły mi do oczu, kiwnęłam głową na zgodę, Dave mnie pocałował i ruszył w stronę z której słychać było głosy Mandalorian. Gdy doszłam do siebie wstałam i lekko utykając ruszyłam w stronę schodów, nie uszłam daleko gdy za plecami usłyszałam strzały z blasterów, wiedziała co to oznacza, w kieszeni płaszcza cos zaczęło drgać, dotknęłam jej ciepło bilo ze środka, Holocron dawał o sobie znać, wyciągnęłam go i aktywowałam.
   - Pozwolisz mu zginąć? – spytał z wyrzutem Holocron
   - A co mogę zrobić? – łzy spływały mi do oczu, czułam się bezradnie
   - Jesteś Jedi! – krzyknął Dal-kun – Posiadasz moc jakiej nie dorówna żadna Armia, sama w pojedynkę pokonasz cały odział! Masz w sobie Moc której nie jeden Jedi by pragną.
   Nie widziałam co robić, naprawdę byłam tak potężna?  Czy naprawdę mogłam uratować osobę którą pokochałem? Walczyłam z sama sobą.
   - Użyj swojego daru, ich słabe umysły nie będą w stanie się oprzeć twojej mocy – kusił Holocron.
   Strzały ucichły, ruszyłam w tamtym kierunku zdeterminowana by uratować Davea. Jedyną osobę na tym świecie która się dla mnie liczyła, musiałam mu pomóc. Dotarcie do miejsca w którym słyszałam strzały zajęło mi kilkanaście minut, zakradłam się od strony zbiorowiska świecących grzybów, maskowały moja obecność, widziałam kilku Mandalorian, trzymali kogoś kto klęczał na kolanach… to był Dave. Obok na ziemi leżały trzy ciała Mandalorian.  Jeden z Mandalorian chodził dookoła Dave i cos mówił, nie była w stanie usłyszeć co, najwyraźniej było to dowódca oddziału.
   - Daj ponieść się emocjom – słyszałam w głowie głos Mistrza Dal-kuna – użyj ich, oni nie stanowią zagrożenia.
   Starałam się zignorować głos i opracować taktykę ataku, przywódca Mandalorian stanął przed Davem, chwycił go za włosy mówiąc coś do niego, jego ręka powędrowała w stronę rękojeści wibrosztyletu, nie zdążyłam krzyknąć nim Mandalorianin dobył sztyletu i wbił go w brzuch Davea. Przerażenie, rozpacz, złość, nienawiść te wszystkie uczucia nagle spadły na mnie niczym grom z nieba, dobyłam miecza świetlnego i skoczyłam na Madalorian. Zaskoczeni nie widzieli co robić, zabijałam jednego po drugim, zarzynałam ich jak zwierzęta Moc była mi uległa jak nigdy dotąd, gdy zobaczyłam przed oczyma przywódcę Mandalorian  jego głowę zasłaniał hełm lecz wyczuwałam jego przerażenie, poiłam się nim, rozkazałam mocy opleść jego ciało podnosząc go w powietrze, im bardziej zaciskałam rękę tym moc bardziej napierała na ciało Mandalorianina, słyszałam w swojej głowie śmiech i głos Mistrza Dal-kuna – Dobrze, dobrze – powtarzał. Dróżki krwi zaczęły wyciekać spod hełmu Mandalorianina, elementy hełmu zaczęły mu się wbijać w głowę, słyszałam trzask łamanych kości mimo to nie przerwała, w dalszym ciągu zadając mu cierpienie które zaspakajało rządzę mojej zemsty, Mandalorianem nawet już nie drgało, lecz ja dalej ściskałam do momentu aż kości przestały strzelać, był martwy. W końcu się opanowałam, puściłam zwłoki i uklękłam przy Davie. Z moich oczu popłynęły łzy.
   - Pomściłam cię – powiedziałam – przepraszam że nie przyszłam wcześniej.
   - Doprawdy? – głos z Holocronu wytrącił mnie z szoku – Czy naprawdę odpłaciłaś się winnym jego śmierci?
   - Mandalorianie nie żyją – odparłam pustym głosem
   - Ale czy to oni byli winni jego śmierci? – spytał ponownie – czy to oni wybrali go na ta misje.
   - Nie… - odparłam niepewnie – to ja go wybrałam, to ja jestem winna…
   - Oj dziecko – powiedział łagodnie Dal-kun – Czy to ty wysłałaś go na misje? Czy to ty w ogóle tą misje zaplanowałaś, pomyśl kto jest winny… Kto was przysłał na tą planetę.
   - Mój Mistrz… Bal-am – odparłam ze złością – Zakon Jedi! Cała Republika!
   Złość i nienawiść krążyły w mojej głowie, to wszystko ich wina, zapłacą mi za to, zniszczę ich, zabije wszystkich którzy doprowadzili do śmierci Davea. Zapłacą mi za to co zrobili…
   - Dobrze – odparł Holocron – Bardzo dobrze…
***   
   - Nie mogę w to uwierzyć – odparła Khas’aret – to nie są nauki Jedi, to nauki Sithów.
   - Tak ale to nie jest istotne – odparł Gram – Ja nie szukam  Historii Duchów, ja szukam informacji kto im ta misje zlecił.
   - Nie interesuje cię co się stało dalej? – spytała Khas’aret – nawet troszkę?
   - Mam swoja misje – odparł stanowczo Gram – pokaż mi ta listę.
   Delikatnie odepchnął Khas’aret na bok i zaczął przeszukiwać  dane. W jego oczy wpadł plik podpisany „Komandor”, z zaciekawię Gram otworzył plik i włączył nagranie, na terminalu pojawił się Hologram starego mistrza Jedi, włosy jak i brodę miał długie i siwe a na twarzy widać było liczne zmarszczki, ubrany był w szaty Jedi a przy pasie zwisał miecz świetlny
   - Bal-am Katsure – rozpoczął stary Jedi – Komandor 303-ciego Dywizjonu Republikańskich Sił Zbrojnych. Sprawy toczyły się źle, misja zakończyła się niepowodzeniem, troje członków oddziału nie żyje a dwójka  w tym moja uczennica zaginęli w zawalonej jaskini….

Offline SniperX

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Żołnierz
  • *
  • Wiadomości: 32
    • Light Side
    • Zobacz profil
  • Gildia: 303rd Republic Unit - Ghosts of Toprawa
  • Klasa: Jedi Consular - Sage
Odp: Historia Duchów z Toprawy
« Odpowiedź #5 dnia: Grudzień 09, 2011, 17:35:33 pm »
Raport 4: Bal-am Katsure – Zdrada na Toprawie



   Ból, gniew, rozpacz, strach, te uczucia nagle zalały mnie z siłą z jaką się nie dotąd nie spotkałem, wyrwały mnie ze snu i postawiły na równe nogi, byłem w swojej kabinie w twierdzy na Toprawie, obok mnie w pryczy leżała Aisha, towarzyszka mojego życia, kolejna z zasad zakonu którą złamałem. Wyciszyłem umysł starając się zlokalizować pochodzenie zakłócenia Mocy, oczyma wyobraźni ujrzałem jaskinię pełną świecących grzybów a w niej, w centrum jaskini wyczułem ból, gniew, nienawiść i cierpienie, lecz było tu coś jeszcze, coś mroczniejszego, coś czego nie potrafiłem dotknąć gdyż ilekroć zbliżałem się do centrum anomalii od razu byłem odpychany przez mrok, zaniepokoiło mnie to. Z medytacji wyrwało mnie pukanie do drzwi i głos Torela.
   - Wrócił zwiad – nie wszedł do środka, wiedział z kim jestem ale nigdy o to nie pytał.
   Ubrałem się w swoje szaty i narzuciłem ciepły płaszcz, na dworze w dalszym ciągu padał śnieg, byłem bardzo zadowolony z tego powodu, śnieg można było roztopić i wypić, śmierć z pragnienia nam nie zagrażała, do tego gęste opady oddalały atak Mandalorian. W centrum dowodzenia czekali na mnie już ludzie z patrolu.
   - Mandalorianie wysadzili wejście i weszli do środka – od razu wypalił Lotra, wraz z Aishą i Hawkiem wrócili cało z misji, Lotar czuł się odpowiedzialny za to co się stało, był w ten dzień dowódcą, lecz prawda była taka że jeśli kogoś można winić za niepowodzenie misji to mnie, to był mój plan który bazował na olbrzymiej ilości szczęścia które nie dopisało im podczas misji.
   To co powiedział Lotar bardzo mnie niepokoiło, do tego wizja którą miałem, być może były połączone.
   - Czy wiadomo dokąd prowadzi przejście które znaleźliśmy – spytałem zamyślony, kilka dni temu zwiad znalazł jaskinię która prowadziła w głąb góry w której prawdopodobnie ukrywali się Tia’nah i Dave. Wysłałem zwiad który miał sprawdzić jak głęboko wiedzie korytarz.
   - Hawk mówi że na końcu korytarza są jakieś schody – odezwał się Torel – gdy zeszli trochę głębiej dotarli do olbrzymiej jaskini, z olbrzymimi ilościami świecących grzybów, wysłałem ich dziś rano by dokładniej się jej przyjrzeli.
   Świecących grzybów? To jest zły znak, jeśli to ta sama jaskinia z mojej wizji to mogą być w niebezpieczeństwie.
   - Wyślij posłańca – poleciłem Torelowi – niech pod żadnym pozorem  nie wchodzą do środka.
   - Problemy? – spytał, kiwnąłem twierdząco głową. Wyszli wszyscy poza Lotarem, stał wpatrzony we mnie. Po chwili spytał.
   - Też to poczułeś? – Lotar był potężnym Jedi, gdyby nie to że wybrał służbę w moim oddziale pewnie był by już Mistrzem Jedi.
   - Zaburzenie mocy było wyraźne – odparłem – obawiam się najgorszego...
   W pomieszczeniu zapadła cisza, nie powiedziałem mu o ciemności jaką wyczułem w jaskini, w mojej głowie układał się plan.
   - Jak byś mógł to przekaż Loomanowi by do mnie przyszedł – poprosiłem, Lotar skiną głową i wyszedł. W swoim życiu zrobiłem wiele złych rzeczy, zostałem wykluczony z zakonu, sięgałem po zakazane techniki używania Mocy, niektórzy Mistrzowie z rady nazywali mnie wręcz Sithem, lecz ja nie pragnąłem tego co Sithowie, nie pragnąłem władzy ani potęgi. Chciałem służyć Republice, to właśnie dlatego wbrew zaleceniom rady objąłem dowództwo w 303-jce, a następnie by chronić podległych mi ludzi sięgnąłem po zakazane techniki. Żyje jeszcze tylko dzięki wstawiennictwu Republiki, gdyby nie ono Rada Jedi skazała by mnie na wygnanie i śmierć w zewnętrznych regionach. W oczach Zakonu jestem zdrajcą, ci Jedi którzy przyłączają się do mojego oddziału skazywani są na odizolowanie od reszty Zakonu i niechęć ze strony pozostałych Jedi. Odradzam tym którym mogę, próbuje uchronić ich przed tym smutnym losem, pozwalam dołączyć tylko tym najbardziej zdeterminowanym.
   - Można? – Looman pojawił się w drzwiach, był Padawanem gdy do nas dołączył, jego mistrz poległ na polu walki na jego oczach, akurat nasz odział walczył w tej samej bitwie i tak Looman postanowił zostać z nami, oczywiście w oczach zakonu jest dalej Padawanem i prawdopodobnie nigdy nie przestanie nim być, próbowałem go uczyć lecz on zamienił Miecz Świetlny na Blaster.
   - Mam dla ciebie misje przyjacielu – powiedziałem mu – misję która ci się nie spodoba…
   Po rozmowie z Loomanem poprosiłem Torela o zorganizowanie ekspedycji, nie powiedziałem o co chodzi lecz wydałem rozkaz że na misje udam się tylko ja i Looman, naszym celem było zejście do jaskini i odnalezienie śladów należących do dwójki zaginionych, fala sprzeciwów wybuchła gdy oznajmiłem im mój plan, lecz ostatecznie przekonałem ich do mojej propozycji, w zamian mieli mi towarzyszyć Aisha, Lotar i Hawk ale tylko do wejścia do jaskini.
   Ruszyliśmy w stronę wejścia znalezionego przez patrol, Looman nie był zadowolony z tego co musieliśmy zrobić, gdy zostaliśmy chwilę na osobności podszedł do mnie i powiedział.
   - Jesteś pewien że to jedyne wyjście? – w jego głosie słychać było rozgoryczenie.
   - Jeśli Tia’nah wpadła w sidła Ciemnej Strony… - przerwałem na chwilę i łamiącym się głosem – musimy być na to gotowi, wiesz co musi być zrobione.
   - Ale jeśli Zakon pozna sytuacje – argumentował
   - Zakon to starzy uparci ludzie – odparłem – Nie pozwolą jej żyć, a co gorsza zabierając ja z powrotem narazimy cały odział, na to nie mogę pozwlić.
   Looman nie mógł się pogodzić z rolą jaką na niego nałożyłem, było mu trudno to zrobić, ale innego rozwiązania nie ma.
   - Czemu ty tego nie zrobisz? – spytał z żalem w głosie.
   - Nie dał bym rady… - łamiącym głosem odparłem – Nie swojej uczennicy…
   Looman kiwną głowa ze zrozumieniem, wahał się ale wierzyłem że zrobi to o co go prosiłem.
   W drodze do jaskini kłóciłem się z niemal każdym Aisha i Hawk chcieli iść razem ze mną, byłem w szoku że ta dwójka potrafi mieć jedno zdanie na ten sam temat. Lotar rozumiał co się dzieje dlatego stanął po mojej stronie. Rozumiałem ich, martwili się o Tia’nah i Davea, nie mogłem im powiedzieć że może być już za późno.
   W końcu dotarliśmy do jaskini, brakowało mi kondycji i potrzebowałem zaczerpnąć powietrza nim wejdziemy dalej, jaskinia była zimna leczy czuć było w niej przewiew co świadczyło o większej ilości wejściach, po półgodzinie marszu dotarliśmy do jaskini.
   - Jesteśmy – odparłem – zostańcie tu i miejcie oczy otwarte.
   Nie byli zadowoleni ale posłuchali mojego rozkazu, razem z Loomanem udaliśmy się w głąb olbrzymiej jaskini porośniętej świecącymi grzybami, czułem mrok w tej jaskini, dusił mnie niczym jakaś niewidzialna siła próbowała chwycić mnie za szyje. Moc zaprowadziła nas do miejsca w którym doszło do bitwy, większość ciał należała do Mandalorian ich ciała były powykrzywiane w nienaturalny sposób, na niektórych widniały ślady po cięciach Miecza Świetlnego.
   - Spójrz tutaj – usłyszałem głos Loomana, kucał obok jednego z ciał. Podszedłem do niego, coś w klatce piersiowej mnie zakuło, ciało należało do Davea, z jego brzucha sterczało Mandaloriańskie ostrze. Był młody, za młody na żołnierza, powinien teraz być w domu z narzeczoną i przygotowywać się do egzaminów w Akademii… To była moja wina że teraz tu leżał martwy… Jestem odpowiedzialny za wszystkich moich podwładnych,  wysyłając ich na misje narażałem ich na niebezpieczeństwo, do końca swoich dni będę żył z ich krwią na moich rękach. Starałem się pamiętać o wszystkich poległych podkomendnych lecz czasem było ciężko.  Rozejrzałem się po okolicy po Tia’nah nie było ani śladu, musiałem ją znaleźć miałem nadzieje że Moc wskaże mi drogę, skoncentrowałem się sięgając Mocy i nagle, niczym uderzenie młota, poczułem Mrok, mogłem niemal go dotknąć.
   - W tamtym kierunku – oznajmiłem i lekko kiwnąłem głową w stronę z której wyczułem zaburzenia mocy.
   Maszerowaliśmy kilka godzin gdy zza olbrzymich niczym drzewa grzybów wyłoniła się świątynia, podobna do tych znajdujących się na Yavin 4 lecz o wiele mniejsza, na szczyt świątyni prowadziły schody u szczytu których dostrzegliśmy zarys postaci. Postać sprawiała wrażenie jak by nas obserwowała, w ręku trzymała przedmiot z którego biła czerwona poświata, dokładnie nie widziałem co to jest lecz wyraźnie wyczuwałem od przedmiotu mrok.
   Gdy zaczęliśmy zbliżać się do świątyni postać zeszła w dół świątyni, rozpoznałem w niej moją uczennicę Tia’nah lecz coś w jej aurze się zmieniło, wyraźnie czułem od niej Ciemną Stronę Mocy, ona również mnie rozpoznała.
   - Proszę, proszę, proszę – odezwała się pierwsza – mój Mistrz przyszedł sprawdzić czy jego psy wykonały zadanie? – nie bardzo rozumiałem o co jej chodzi – Czy ukarały jego uczennicę za złamanie jego nauk?
   - O czym ty mówisz? – spytałem lekko zdezorientowany
   - Nie kłam starcze! – krzyknęła – To ty ich ty przysłałeś! Ty kazałeś zabić mojego ukochanego!
   - Ukochanego? – spytałem
   - Oh David, mój ukochany – mówiła jak by nas nie widziała – Tak, tak to jego wina, ale pokażemy mu jaka jest siła naszej miłości.
   - Tia’nah! – wykrzyknąłem – Na wszystkie księżyce Dantoine! Spójrz co się z tobą dzieje!
   - Zamknij się głupcze! – wykrzyknęła – teraz ja jestem Mistrzynia!
   Szaleńczy śmiech wypłynął z jej gardła, po chwili przestała się śmiać, wyglądała na zmieszaną.
   - Co? Nie jestem Mistrzynią – znów zachowywała się jak by nas nie było – Pierw muszę zabić swojego Mistrza?
   Spojrzała na mnie, jej oczy zdradzały jej zamiary. Z boku nadleciał wielki głaz pchnięty mocą bez najmniejszego problemu odepchnąłem go, Moc była we mnie silna. Gdy byłem zajęty głazem usłyszałem odgłos aktywowanego miecza świetlnego, Tia’nah skoczyła na mnie próbując szybko zakończyć walkę, doświadczenie i trening Jedi sprawił jednak że byłem przygotowany, nim Tia’nah dobiegła do mnie aktywowałem swój miecz i zablokowałem jej atak, żółte ostrze Tia’nah skrzyżowało się z moim fioletowym ostrzem, dwa kolory tańczyły niczym synchronicznym tańcu, na jej twarzy dostrzegłem grymas złości a dzięki mocy wyczułem nienawiść, bardzo mnie to bolało, Tia’nah użyła po raz kolejny podstępu wielki grzyb poleciał w moją stronę było za późno by użyć Mocy, jednym cięciem przeciąłem grzyb i unikając zgniecenia lecz w tym samym momencie Tia’nah zaatakowała z góry próbując zadać cios, zbyt oczywiste pomyślałem, użyłem Mocy i odepchnąłem Tia’nah w kierunku świątyni, ta z całym impetem uderzyła w ścianę, miecz wypadł jej z ręki, na ziemi leżało też coś jeszcze, stożkowaty czerwony kryształ, wpatrywałem się w niego przez chwilę biła od niego złowroga aura, to było właśnie było źródło mroku który wyczułem wcześniej, podszedłem do kryształu i podniosłem go z ziemi, kryształ zalśnił na czerwono a na jego szczycie pojawił się hologram mężczyzny, już wiedziałem co to jest, Holocron Sithów, zarówno Rycerze Jedi jak i Sithowie potrafili umieścić cząstkę swojej esencji życiowej w krysztale dzięki temu zabiegowi mogli przekazywać swoje nauki dalszym pokoleniom, rozpoznałem osobę którą przedstawiał Holocron, był to Lord Sith żyjący ponad trzysta lat temu, Exar-Kun. Wpatrywałem się w niego przez chwilę gdy Exar-Kun przemówił.
   - A więc to ty jesteś Bal-am – jego głos był zimny i pełen nienawiści – Nie sądziłem że będziesz tak potężny, wyczuwam w tobie Mroczną Strone Mocy.
   - Co zrobiłeś mojej uczennicy? – zapytałem zimno.
   - Ja? Nic. – odparł z uśmiechem – Pomogłem jej tylko odnaleźć  soje uczucia.
   - Czego od niej chcesz? – zadałem pytanie, czułem złość w sobie.
   - Tego co wszyscy – odparł – Wolności. Twój Zakon Rycerzy Jedi uwięził mnie na Yavin 4, a twoja pupilka w zamian za moc która jej przekazałem miała mnie uwolnić z więzienia.
   - Nie pozwolę na to – skoncentrowałem moc w okuł Holocronu próbując go zgnieść.
   - To nie koniec Jedi!  -  wykrzyknął ostatnie słowa – jeszcze się spotkamy…
   Holocron pękł na trzy części i wyleciał mi z ręki, czułem jak mrok ustępował z jaskini. Odwróciłem się w stronę Tia’nah, wiedziałem że Looman stoi zemną przyglądając się całej sytuacji.
   - Przepraszam dziecko – powiedziałem zwracając się do Tia’nah, była przytomna lecz oszołomiona – starałem się chronić cię przed tym losem, lecz teraz nie mam wyboru…
   Czułem złość na siebie, lecz wiedziałem że jest tylko jedno wyjście by uchronić ludzi którzy byli mi podlegli przed Mrokiem jaki spadł na Tia’nah. Muszę to zrobić, dla dobra jej i naszego, nie ma innej możliwości.
   - Wiesz co musimy uczynić – powiedziałem Loomanowi z łamiącym się glosem.
   - Wiem – odparł krótko.
   Słyszałem jak odbezpiecza blaster, próbowałem się powstrzymać lecz łzy napłynęły mi do oczu, sekundy zamieniły się w minuty, usłyszałem wystrzał z blastera. Poczułem przenikliwy ból w plecach, nogi zaczęły mi się uginać a świat był zamazany, upadłem na ziemie, Looman stał nade mną a lufy jego blastera wydostawał się dym mówiący o tym że niedawno z niego wystrzelono, uklęknął przy mnie i powiedział.
   - Przepraszam Bal-am – odwrócił się w stronę Tia’nah, podszedł do niej i próbował ja ocucić, gdy Tia’nah zobaczyła że leże na ziemi zaczęła panikować, władza jaką miał nad nią Exar-kun osłabła lecz dalej wyczuwałem od niej mrok. Looman próbował ją uspokoić i wyjaśnić sytuacje. Dopiero po kilku minutach udało mu się ja przekonać do zachowania spokoju, Looman pozbierał kawałki Holocronu i razem z Tia’nah udali się w głąb jaskini w stronę wyjścia przy bazie Mandalorian.
   Nie żałowałem swoich decyzji, żyłem tak jak uważałem że należy, obdarzono mnie mocą którą chciałem wykorzystać do ochrony wartości w które wierzyłem, moimi decyzjami zawiodłem wielu ludzi, moje Mistrza który był dla mnie jak ojciec, Rade Jedi nie słuchając ich zaleceń, mieli słuszność, bali się powtórki z przeszłości gdy Raven i Malak również wsparli Republikę, pychą było myśleć że ja będę inny. Tak jak i oni jestem skarżony Mroczną Stroną Mocy, lecz w przeciwieństwie do nich mnie udało się znaleźć coś co zatrzymało mój upadek, przyjaciół z 303-ciego Dywizjonu i miłość w postaci Aishy która zawsze czuwała i potrafiła uchronić mnie przed pokusami Ciemnej Strony. Czekając na śmierć zastanawiałem się czy gdybym stracił Aishe upadł bym tak jak Tia’nah, nie dowiem się tego gdyż czułem jak śmierć wyciąga po mnie swoje dłonie.
   Kątem oka zobaczyłem ruch, twarz Aishy pojawiła się nade mną, łzy płynęły jej z oczu, próbowałem je otrzeć lecz nie byłem w stanie podnieść ręki, nie mogłem nawet wydusić z siebie słowa, mrok zaczął zapadać… To był koniec starego człowieka który nie żałował swojego życia.

***
   - To jest bez użyteczne! – wykrzyczał Gram – w tych raportach nie ma ani jednej wzmianki o tym kto wysłał ich na tą misje!
   - Wiem – znajomy głos odezwał się za plecami Grama i Khas’aret.
   Mistrzyni Jedi która przyznała Gramowi dostęp do akt stała w drzwiach obserwując ich z poważna miną.
   - Lecz chciałam by poznał pan prawdę o Duchach z Toprawy, o tragedii jaką przeżyli podczas tej misji oraz o zdradzie jaka ich spotkała – jej głos był spokojny i pełen smutku – chciałam panu pokazać błędy rady, nie powinni byliśmy się odwracać od swoich uczniów, Bal-am okazał się godnym Jedi, jego mądrość przewyższała nie jednego członka rady włączając w to mnie.
   - To bez znaczenia – oparł Gram – dla mnie liczy się śledztwo.
   - Naprawdę? – zapytała stara kobieta – Powiedz mi młody Ambasadorze, co zrobisz z wiedzą gdy już poznasz prawdę?
   - Oczywiście wyjawię ja! – odparł stanowczo Gram
   - A co jeśli zagrozi to Republice? – zapytała stara kobieta
   Gram nie wiedział co odpowiedzieć, jego śledztwo miało pomóc republice a nie jej zaszkodzić.
   - Prawda nigdy nie zaszkodzi Republice – odparł w końcu
   - Czyżby – zapytała kobieta – Khas, włącz raport oznaczony numerem 20.110.11.4
Khasandra posłusznie wykonała zadanie, na ekranie pojawił się Hologram człowieka ubranego w strój pilota, nie wyglądał na kogoś kto należał do Armii Republiki, raczej Gram by go opisał jako typowego Przemytnika.
- Kapitan Ninnor Olos – powiedział hologram – Dowódca misji ratunkowej, powiem szczerze ktoś nie szczędził kredytów by wysłać nas tu w głąb sektora Mandalorian, blokada została przerwana kilka dni temu i Mandalorianie są w odwrocie, a my mamy sprawdzić czy przeżył ktoś z misji na Toprawie, ponoć sam Kanclerz Janarus zlecił im tą misję, a teraz czuł się za nich odpowiedzialny, ja ani Laren, kapitan drugiego statku nie narzekamy, nasze kieszenie napełnią się kredytami po same brzegi.
-Kanclerz Janarus? – spytał z niedowierzaniem Gram – Ale jak…
Stara kobieta go uciszyła, dając mu do zrozumienia by poczekał na zakończenie raportu…
- Nie znaleźliśmy żadnych rozbitków – kontynuował kapitan Ninorr Olos – Tylko same duchy…

Offline SniperX

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Żołnierz
  • *
  • Wiadomości: 32
    • Light Side
    • Zobacz profil
  • Gildia: 303rd Republic Unit - Ghosts of Toprawa
  • Klasa: Jedi Consular - Sage
Odp: Historia Duchów z Toprawy
« Odpowiedź #6 dnia: Grudzień 09, 2011, 17:36:22 pm »
Raport 5: Ninorr Olos – Nadzieja na Toprawie

Gdy wyszliśmy z nadprzestrzeni na orbicie był tylko jeden transportowiec Mandalorian, gdy nas zobaczył od razu uciekł pozostawiając resztki sił Mandalorian na Planecie, nie planowaliśmy walki, naszym celem był ratunek, nadaliśmy na wszystkich częstotliwościach kod Republikańskich Sił Zbrojnych, a następnie powiedziałem do interkomu.
- Tu kapitan Ninorr Olos, przybywamy z misją ewakuacyjną – na chwile przerwałem – czy ktoś z 303-ciego dywizjony nas słyszy?
Brak odzewu, poczekałem chwile i powtórzyłem czynność, pierw kod a następnie wiadomość.
- Powtarzam tu kapitan Ninorr Olos…- nie zdążyłem skończyć gdy z głośnika nadszedł odezw.
- Tu Ulic’vard – twardy głos dobiegł z odbiornika – dowódca Mandalorian na planecie Toprawa, ludzie których szukasz żyją i bronią twierdzy od przeszło dziesięciu miesięcy. Bitwy jakie stoczyliśmy przejdą do Historii wspaniałych walk!
   Nie podobało mi się to, nie ufałem Mandalorianom za bardzo.
   - My Mandalorianie potrafimy uszanować godnego przeciwnika – kontynuował Uliv’vard – Zezwalamy na zabranie tych wojowników do ich domów, lecz przekaż im że spotkamy się z nimi ponownie na polu bitwy!
   Na ekranie pojawiły się koordynaty wskazujące miejsce twierdzy w której mieli się bronić ludzie z 303 dywizjonu. Dalej nie byłem przekonany o intencjach Mandalorian.
   - Laren co o tym sądzisz – zapytałem przez interkom.
   - Nie wiem – odparł – ale słyszałem że Mandalorianie są honorowi jeśli chodzi o takie sprawy.
    Sprawdziłem odczyty w miejscu które wskazali Mandalorianie rzeczywiście stała baza osłonięta polem siłowym.
   - Podlece pod skraj pola i nadam sygnał na krótkich falach – powiedziałem do interkomu – ty czekaj na orbicie, jak potwierdzę że to oni to ci dam znać.
   - Jasne – odparł Laren, nie przyjemny koleś, ale dla kasy zrobi wszystko.
   Podczas wchodzenia w atmosferę trochę trzęsło lecz nie napotkaliśmy żadnego oporu ze strony Mandalorian – dobry znak – pomyślałem. Czujniki wskazały że statek znajduje się na granicy pola siłowego, spróbowałem jeszcze raz.
- Tu kapitan Ninorr Olos, przybywamy z misją ewakuacyjną – na chwile przerwałem – czy ktoś z 303-ciego dywizjony nas słyszy?
Na odpowiedz nie musiałem długo czekać.
- Tu Torel Keyis – odpowiedział zmęczony głos nie zdradzających emocji  - wyłączamy pole, możecie lądować.
Nie spodziewałem się takiej reakcji, zero radości. Gdy doleciałem do bazy zobaczyłem wycelowane we mnie turbolasery z wieżyczek na murach, na placu widziałem ludzi ubranych w Republikańskie zbroje, w końcu jakiś dobry znak.
Przy wyjściu czekał na mnie mężczyzna w pełnym rynsztunku, jego twarz byłą cała w bliznach a oczy wydawały się martwe. Spoglądał na mnie przez chwilę i kiwną głową,
- Ninor Olos – przedstawiłem się – zostaliśmy wysłani na zwiad żeby sprawdzić czy nadal żyjecie.   
- Nie mieliśmy jak przesłać raportu do Repibliki – odparł – nie czemu Republika nie przyszła wcześniej posiłków?
- Ponieważ atak Jedi na blokadę się nie powiódł – powiedziałem spokojnie – siły Jedi zostały zdziesiątkowane i musiały się wycofać, dopiero kilka dni temu udało się przełamać blokadę.
- Mamy rannych – powiedział – w tym jednego bardzo ciężko, potrzebujemy zbiornika z Kolto.
- Uuu – gwizdnąłem – drogi interes, nie wiem czy was stać.
Mężczyzna sięgnął po broń i wycelował we mnie, kątem oka zobaczyłem kilka innych luf wycelowanych w moją stronę.
- Spokojnie – odparłem – Kolto jest w cenie ratunku, zapłacili mi wystarczająco żeby pokryć koszty.
Mężczyzna podniósł rękę i opuścił broń, z za jego pleców na noszach wynieśli starego mężczyznę, był nieprzytomny ale żył.
- Jedi utrzymują go przy życiu od dwóch tygodni – odparł mężczyzna – to nasz dowódca.
- Trzeba zaplanować ewakuacje, najpierw weźmiemy rannych– powiedziałem spokojnie – Mamy dwa statki, ładownie pomieszczą około dwieście osób, potem wrócimy po resztę.
- To w zupełności wystarczy – odparł mężczyzna – zostało nasz czterdziestu.
Nie potrafiłem ukryć zdumienia, raporty mówiły o tysiącu, co tu się wydarzyło…
- A co z resztą? – spytałem
- Nie żyją – odparł zimno.

Rozpoczęliśmy ewakuacje, Laren również wylądował, ale na jego statek załadowano sprzęt który był w twierdzy. Nie mogłem się przyzwyczaić do atmosfery jaka tu panowała, Laren też czuł się nie swojo, gdy zostaliśmy na chwile sami spytałem go o zdanie
- Nie uważasz że zachowują się dziwnie? – spytałem
- Przeżyli piekło – odparł.
- Zachowują się jak by byli martwi w środku – kontynuowałem – zupełnie jak duchy.
- Duchy z Toprawy – odparł Laren – nawet pasuje.
Nie widziałem czy mam się śmiać czy zachować się poważnie, ale Laren miał sporo racji, zachowywali się jak duchy, a imię Duchy z Toprawy doskonale do nich pasował. Gdy skończyliśmy załadunek wystartowaliśmy, na orbicie nie napotkaliśmy oporu mimo że na ekranach pojawił się statek Mandalorian, Laren stwierdził że również się ewakuują. Ruszyliśmy w kierunku bazy Republiki.
Musze jeszcze nadmienić jedną rzecz która mnie zdziwiła, gdy dotarliśmy do bazy otrzymałem wiadomość do Bal-ama Katsure, był on dowódcą 303-jki brzmiała następująco:
   „Zrobiłem jak rozkazałeś, zabrałem ja na promie Mandalorian, właśnie wlatujemy w przestrzeń Sithów, mam nadzieje że żyjesz”
   Wiadomość podpisana była „L”
***
   Hologram znikł z terminala, Gram i Khas’aret wpatrywali się w niego bez słowa. Gram w końcu powiedział.
   - Nie wierze że to Kanclerz jest za to odpowiedzialny – odparł
   - Musi podejmować decyzję które służą Galaktyce – odparła stara kobieta – senat nie jest jednomyślny, nawet podczas kryzysu kłócili się czy wysłać wojsko do walki z Mandalorianami, Kanclerz musiał działać, a tajne misje były jedynym wyjściem.
   Gram walczył z sobą, nie widział co robić, jeśli ujawni te informacje pogrąży Republikę w chaosie.
   - Duchy z Toprawy – kontynuowała – wierzyły i dalej wierzą w Kanclerza, nawet po tym co ich spotkało, nie minął miesiąc a już uczestniczyli w kolejnej misji, ty też powinieneś wierzyć w Kanclerza.
   Kobieta ruszyła w stronę drzwi zostawiając Grama pogrążonego w myślach, nie wiedział co robić, gdy by je ujawnił skazał by Republikę na zagładę z rąk Sithów, Kobieta zwróciła się jeszcze raz do Grama przechodząc przez drzwi.
   - Wierze że dokonasz słusznego wyboru – powiedziała kobieta – wierze w ciebie.
   Gram już wiedział decyzję… Pokręcił głową niechętnie…
   - Słyszałam że Alderan jest ładny o tej porze dnia – powiedziała Khas’aret – a tak się składa że mam tam do wykonania misję, nie zechciał byś mi towarzyszyć?
   - Ale to w przeciwną stronę niż Coursant – odparł Gram
   - Dokładnie – lekki uśmiech pojawił się na jej twarzy
   - Wam Jedi nie wolno przecież wdawać się w związki – spytał zdezorientowany Gram – Nie jesteś Jedi?
   - Nie – odparła Khas’aret z uśmiechem – powiedzmy że pomagam Kanclerzowi
   Gram już wiedział kim była Khas’aret, był trochę zły że Khas’aret mu nie powiedziała że pracuje w RSF. Lecz nie gniewał się długo.
   - Nie szukacie czasem ludzi do RSF? – spytał Gram
   - No nie wiem – odparła Khas’aret z uśmiechem – musiała bym cię przetestować.
   - To ile mamy czasu nim nam ucieknie prom na Alderan? – spytałem figlarnie.
   

***
   W komnatach Rady Jedi  Stara Kobieta właśnie składała raport pozostałym Mistrzom.
   - Tajemnica Duchów jest bezpieczna – powiedziała.
   - Wiesz ile ryzykowałaś? – spytał Mistrz Dough.
   - Miałam ufność w Moc – odparła kobieta, jej wygląd zmienił się, kobieta wymłodniała a siwe włosy nabrały kolorów.
   - Ta twoja ufność kiedyś nas zgubi Tia’nah – odparł Mistrz Dough – twoja przeszłość musi pozostać tajemnicą, ukrywałaś się wiele lat w Imperium i Republika może ci nie ufać, zwłaszcza jeśli raport z Toprawy wyjdzie na jaw.
   - Więcej zaufania Mistrzu Dough – odparła Tia’nah, koszmary z Toprawy do dziś ją dręczyły. Na szczęście Duchy nigdy jej nie opuściły…