Autor Wątek: Historia Arcadiusa z Internally Invictus  (Przeczytany 104 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Arek

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Generał Jedi
  • *
  • Wiadomości: 2 023
  • Wherever you go, there you are.
    • Light Side
    • Zobacz profil
    • Strona Internally Invictus
  • Gildia: Internally Invictus
  • Klasa: Rycerz Jedi - Guardian
  • Nick: Arcadius Harrington
Historia Arcadiusa z Internally Invictus
« dnia: Listopad 26, 2011, 17:56:26 pm »
Wszystko to działo się po moim powrocie na Coruscant. Trafiłem tam niedługo po pobycie na nieznanym mi z nazwy księżycu. Nie wyglądałem wtedy zachęcająco. Wyobraźcie sobie człowieka średniego wzrostu, o czekoladowych oczach, dłuższych włosach tego samego koloru i z kilkudniowym zarostem. W miarę normalnie, prawda? Obraz się zmienia, gdy dodamy do tego łachmany nieprane od... sam nie wiem kiedy, nie były czyste już gdy je dostałem. Wyglądałem i zapewne pachniałem tak, że niejeden żebrak by mi pozazdrościł. Po prostu... wzbudzałem politowanie i współczucie. Gdyby nie blaster - „pamiątka” z księżyca - wiszący u boku, zapewne usłyszałbym parę głośnych komentarzy podczas podróży. Ciągle jednak i tak słyszałem te ciche rzucane pod nosem docinki, jednak z determinacją je ignorowałem, ledwo przezwyciężając chęć do tego, by odpowiedzieć... może nawet zrobić więcej. Wychodząc z portu, kierowałem się bocznymi uliczkami w stronę najbliższego postoju pojazdów, by móc dostać się do świątyni. Rozmyślałem o wydarzeniach ostatnich tygodni. Rozbiłem się na nieznanym księżycu, w wyniku czego doznałem licznych urazów, skutkiem tego była również, jak miałem nadzieję, tylko tymczasowa amnezja. W sumie, nie taka tymczasowa, ciągle nie pamiętałem wszystkiego z mojej przeszłości, mimo upływu czasu. Coraz to częściej nowe kawałki układanki z mojej przeszłości trafiały na swoje miejsce. Jednak to nie było wszystko... to zdarzenie – rozbicie się, pobyt tam, amnezja - zmieniło mnie. Ten krótki czas, gdy nie byłem w pełni sobą, gdy nie pamiętałem niczego miał na mnie ogromny wpływ. Inaczej teraz patrzyłem na wszystko. Nie potrafiłem się kontrolować tak jak wcześniej, jak gdybym zapomniał o tym, czego się nauczyłem podczas lat treningu. W sumie, tak właśnie było. Zapomniałem. Później gdy pamięć zaczęła powoli wracać zacząłem wątpić, podważać nauki. Mniejsza o to, teraz moim celem była świątynia Jedi. Chciałem się tam udać by porozmawiać o mojej sytuacji, o braku pełni własnej tożsamości. Pamiętałem moją mistrzynię i treningi Jedi. Ciągle nie wiedziałem co robiłem w rejonie nieznanego księżyca. Czy byłem na misji która poszła źle? A może udałem się tam by zbadać jakąś sprawę w związku z... no właśnie - czym? Nie miałem nawet mojego miecza. Pamięć o tym jak zrobić nowy, też była mglista. Wywoływała ból głowy, zresztą, myślenie o przeszłości cały czas go wywoływało. Pamiętałem kodeks. Rozumiałem jego znaczenie. Używanie mocy było... niezwykłe. Niektóre rzeczy, jak skupienie się, wyczuwanie intencji i myśli innych przychodziły mi instynktownie i łatwo, ciągle też miałem świetny refleks. Inne umiejętności, jak proste przesuwanie przedmiotu było wyzwaniem. Jednak wraz z czasem przypominałem sobie coraz to inne rzeczy, np. niedawno podczas lotu z Tatooine, który był moim przystankiem między księżycem a Coruscant przypomniałem sobie techniki medytacji, tak jakby były nierozerwalną częścią mnie. Zdecydowanie musiałem skontaktować się z radą. Gdyby chodziło tylko o moją sytuację, zrobiłbym to już z Tatooine. Nie wiedziałem jednak nic o mojej misji, lub jej braku. Zdecydowałem, że rozsądniej będzie zrobić to osobiście, wykluczając podsłuch i zdradzenie jakichś planów Imperium. Jednego przynajmniej byłem pewny – byłem wierny całym sercem Republice. Gdy podczas pobytu na Tatooine, usłyszałem od jednego z bywalców tamtejszych barów o potędze Imperium i słabości Republiki miałem ochotę wepchnąć mu te słowa z powrotem do gardła. Później przyszły inne myśli. Kodeks. Nie powinienem tak reagować. Moje zachowanie mnie martwiło. Zdecydowanie potrzebowałem pomocy Rady.

Idąc tak przez biedne i słabo chronione poziomy Coruscant usłyszałem „A! Pomocy!” Wyrwało mnie to z zamyślenia i pośpiesznie rozejrzałem się. Stłumiony krzyk mógł dochodzić skądkolwiek, ale podświadomie wiedziałem, jaką drogą dobiec do źródła krzyku. Po dotarciu na miejsce zobaczyłem nieznanego mi mężczyznę który bił, a gdy znalazła się na ziemi kopał bezbronną kobietę. Był jakieś 15 metrów ode mnie odwrócony plecami. Postanowiłem działać i... z miejsca w którym stałem przeskoczyłem wprost na plecy napastnika, zwalając go z nóg. Nie wiedziałem jak to zrobiłem, jak w ten sposób przemierzyłem 15 metrów. Wtedy jednak, nie zaprzątałem sobie tym głowy. Ten mężczyzna krzywdził kobietę i to było jedyne o czym w tamtej chwili myślałem. Korzystając z tego że byłem na górze złapałem go za głowę i uderzyłem o chodnik. Krew trysnęła z rozbitego czoła napastnika zalewając mu twarz czerwoną posoką. Przestał się ruszać - stracił przytomność. Wziąłem w rękę blaster, przyłożyłem mu do głowy i po chwili wahania schowałem go z powrotem. Miałem ochotę rozwalić mu łeb za to co zrobił. „Nic Ci nie jest?” Zapytałem kobietę. To było trochę głupie pytanie, biorąc pod uwagę jej obecny stan. Była poobijana, miała kilka brzydko wyglądających ran, z których krwawiła. Zmierzwione włosy zakrywały głębokie bruzdy na jej twarzy. „Dziękuję... gdyby nie Ty, zabiłby mnie”, odpowiedziała. Przykucnąłem przy niej i zacząłem sprawdzać, i opatrywać jej obrażenia. Rozdarłem rękaw swojej koszuli i starałem się zatamować krwawienie, zakładając prowizoryczną opaskę uciskową. Obrażenia na razie nie zagrażały jej życiu. „Zabiłby mnie”, pomyślałem o tym co powiedziała. Tak, a ja mogłem właśnie zabić jego. Nie pomyślałem o tym wcześniej, ale znałem lepsze sposoby obezwładnienia przeciwnika niż uderzenie głową o chodnik. Mniej niebezpieczne. Samo to, że przed chwilą trzymałem blaster przy głowie nieprzytomnego przeciwnika, mając ochotę nacisnąć na spust też nie ułatwiało mojej sytuacji. „Spróbuj wstać. Pomogę Ci. Musimy Cię zabrać do punktu medycznego, potrzebujesz opieki lekarza” powiedziałem, starając się skupić na naglącym problemie, odkładając na później myślenie o całej sytuacji. Pomogłem jej wstać. Musiałem znać dość dobrze Coruscant, bo niewiele myśląc zaprowadziłem ją do najbliższego ambulatorium mieszczącego się cztery przecznice dalej. Zostawiłem ją tam, z dodatkową informacją dla pracownika o miejscu, gdzie znajdą nieprzytomnego mężczyznę i wyszedłem nie mając ochoty na wyjaśnienia władzom mojego udziału w całej sprawie. Znów, tym razem inną drogą, szedłem w kierunku postoju, myśląc o tym, co niedawno zrobiłem. I co mogłem zrobić. „Nie opanowałeś emocji, o mało co nie zabiłeś tego człowieka uderzając jego głową o chodnik! Zapomniałeś kompletnie o wszystkim? Mogłeś też to załatwić inaczej, nie musiałeś od razu rzucać się do walki. Prawdopodobnie uciekłby, jakby Cię zobaczył z blasterem w ręku. Nawet jeśli nie, to mogłeś rozegrać to całkiem inaczej.” Mamrotałem pod nosem do siebie. „Do tego prawie go zabiłeś, gdy już był nieprzytomny. Świadomie. Z czystej nienawiści do tego co zrobił wcześniej, z czystego gniewu. To prowadzi na ciemną stronę. Musisz bardziej uważać i myśleć zanim coś zrobisz.” Sam siebie strofowałem. Nie wiem czy mamrotałem do siebie zawsze, czy tylko od wypadku, ale był to teraz już nawyk.

Dotarłem do postoju bez większych niespodzianek. Droga upłynęła mi na rozmyślaniu o tym co zaszło. „Hej Arc!” Te słowa, z ust niewysokiej i mocno zbudowanej dziewczyny, która wyrosła przede mną jak z podziemi, wyrwały mnie z zamyślenia. Złapała mnie za ramiona i z łatwością przyciągnęła do siebie, by mnie przytulić. Jej intensywny zapach od razu wypełnił moje nozdrza. Pachniała obietnicą przyjemnie spędzonych chwil i świeżością kogoś, kto niedawno brał kąpiel. Dokładnie odwrotnie, niż ja. Jej rozpuszczone włosy wyglądały wspaniale - były czarne, sięgające podbródka i w przeciwieństwie do moich - czyste. Odsunęła się lekko, pozostawiając swoją twarz przy mojej. Patrzyłem w jej intensywnie zielone oczy, czując mieszankę zdziwienia i czegoś jeszcze, czego nie umiałem wtedy sprecyzować. Na policzku miała brzydką bliznę, wyglądającą na sprawkę wibroostrza. Miała wyjątkowo jasną cerę, typową dla kogoś, kto nieczęsto wystawia twarz na działanie słońca. Uśmiechała się tak, jak uśmiecha się drapieżnik, który dopadł swoją ofiarę, ale chce się jeszcze z nią pobawić. Zapewne mógłbym uwolnić się z tego uścisku, mimo jej wyczuwalnej siły, o której świadczyły widoczne pod nagą skórą ramion mięśnie. Mięśnie, nieszpecące wyglądu, delikatnie zarysowane, typowe dla osób używających ich na co dzień. Jednak, nie miałem ochoty na to, by się teraz uwolnić. Poza tym, wyraźnie się przecież znaliśmy. Szczerze mówiąc, gdyby mnie puściła, poczułbym że pozbawiła mnie czegoś wyjątkowego. Miała w sobie coś pociągającego. „Tak mnie witasz Arc, po tym wszystkim co przeszliśmy? Nawet mnie nie pocałujesz?” Zbliżyła swoje usta do moich i poczułem jej gorący oddech. Niewiele się zastanawiałem. Moje ręce powędrowały na jej pas i kark, przyciągnąłem ją mocno do siebie i pocałowałem. Zamknąłem oczy, nasze usta spotkały się, a później nasze języki. Fala gorąca zalała całe moje ciało, czułem się, jakbym się unosił, leciał w powietrzu. Nie minęła chwila, a moje ciało wylądowało na twardym chodniku tuż obok ścigacza, razem z nogą dziewczyny na mojej szyi. „Co ty do cholery robisz Arc?! Odbiło Ci di'kut? Jak mogłeś mnie pocałować!” Dziewczyna była wyraźnie wzburzona moim zachowaniem. ”E, ale Ty sama chciałaś przecież...”, byłem zdezorientowany. „Arc, robię tak, od kiedy się poznaliśmy na Dantooine, gdzie byłeś na misji ze swoją mistrzynią. Za każdym razem, robiłeś się pięknie czerwony i zmieszany, a następnie oswobadzałeś się z uścisku i wyglądałeś jak gotowy do odparcia ataku całej armii, co było bardzo zabawne. Jednak po tym co zrobiłeś teraz, zastanawiam się, czy Cię nie zabić!” W tym momencie nie do końca zdawałem sobie sprawę co się stało. „Przepraszam, ja... nie poznałem Cię. Do tego wokół zebrało się kilka osób, nie sądzisz że mogą Cię rozpoznać jako osobę, która zmiażdżyła mi szyję?” „Wstawaj”, wzięła nogę i podała mi rękę. „Po tym co słyszałam o Tobie ostatnio, nie spodziewałam się, zastać Cie na Coruscant. Mógłbyś mi pomóc. Próbuję złapać jednego handlarza bronią, którego Huttowie chcieliby bardzo zobaczyć. Tak bardzo, że oferują sporo kredytów dla kogoś, kto udzieli mu podwózki, jeżeli rozumiesz co mam na myśli.” Rozumiałem, najwyraźniej była Łowcą Nagród. Nie miałem zamiaru jej mówić o moim obecnym stanie, nie wiedziałem dokładnie jakie relacje nas łączą. Nie miałem też czasu jej pomagać, ale wyglądała na kogoś, kto umie sobie radzić. „Słuchaj, nie mogę teraz Ci pomóc, muszę się dostać do świątyni.” Odpowiedziałem. „Podwiozę Cię, zaparkowałam tu ścigacz, musiałam zrobić... drobne zakupy.” Wskazała na torbę umocowaną pasami na ścigaczu. Mógłbym przysiąc, że kształty jakie miały rzeczy w środku przypominały rozmontowany karabin snajperski. „Huttowie chcą zobaczyć się z handlarzem, czy chcą zobaczyć jego ciało?” Zapytałem. „Powiedzmy, że chcą go w całości. Wskakuj na ścigacz, jeśli się nie boisz jeździć z Gal'iką.” Powiedziała uśmiechając się. „Nie, nie boję, niby dlaczego?”, tylko roześmiała się na te słowa, później zrozumiałem “dlaczego”. To była najszybsza jazda ścigaczem jaką pamiętam. Pokonywaliśmy zakręty bez zwalniania, momentami miałem wrażenie że wchodzimy w nadświetlną. Chwilami, pęd powietrza nie pozwalał na zaczerpnięcie oddechu. Gdy się zatrzymaliśmy, mój żołądek zamanifestował swoje uczucia w stosunku do takiej jazdy. Ja jednak, nie chciałem dać po sobie niczego poznać, więc połknąłem tę “manifestację” z powrotem. Gal'ika zabrała mnie prawie pod same ruiny świątyni, gdzie się pożegnaliśmy.



CD w następnym poście - limit znaków.

Offline Arek

  • Liderzy Gildii i Dyplomaci
  • Generał Jedi
  • *
  • Wiadomości: 2 023
  • Wherever you go, there you are.
    • Light Side
    • Zobacz profil
    • Strona Internally Invictus
  • Gildia: Internally Invictus
  • Klasa: Rycerz Jedi - Guardian
  • Nick: Arcadius Harrington
Odp: Historia Arcadiusa z Internally Invictus
« Odpowiedź #1 dnia: Listopad 26, 2011, 17:56:33 pm »

To co dawniej przyprawiało mnie o zachwyt i wypełniało dumą - legło w gruzach. Poczułem wielki ból. Tym razem, nie był to ból głowy, wywoływany uporczywymi próbami sięgnięcia w odmęty pamięci, lecz ból pochodzący z wnętrza. Nie mogłem obojętnie na to patrzeć. Wypełniło mnie coś jeszcze, przypomniałem sobie, co wyczułem poprzez Moc, w chwili gdy Imperium zaatakowało Coruscant. Parę tygodni przed tym zdarzeniem przeszedłem próby Jedi, po czym poleciałem eksplorować Tython. W czasie ataku odwiedzaliśmy wspólnie z Ferlinn i Waynem jaskinie z kryształami. Mieszanka bólu jaki poczułem teraz i tego ze wspomnienia sprawiła, że niemal przewróciłem się. Oparłem się o pobliską ścianę. Ferlinn - to jej tu szukałem, mojej dawnej mentorki. Pamiętałem, że jej obecnym zadaniem, było badanie ruin w poszukiwaniu ocalałych po zniszczeniach informacji i artefaktów. Czułem głęboką więź z moją dawną mistrzynią, dlatego wolałem najpierw z nią porozmawiać. Teraz, dzięki wspomnieniu o Tythonie, przypomniałem sobie również o Waynie. Został jej padawanem niedługo po podpisaniu traktatu, po tym jak na Coruscant zginął jego poprzedni mistrz - Codi, brat Ferlinn. Możliwe, ze teraz Wayne już sam przeszedł próby. Nie pamiętałem. Wiedziałem za to, że jego osoba nie przypadła mi wcześniej do gustu. Miał podobne spojrzenie jak ja na wiele spraw, ale zadawał za dużo osobistych pytań. Do tego te jego żarty - nazywał mnie swoją bazą wiedzy RQ-D2, jak jakiegoś droida. Chwile mi zajęło, nim zebrałem siły by iść dalej. Ruszyłem w głąb ruin, starając się otworzyć na Moc i użyć więzi między mną, a dawną mistrzynią aby ją odnaleźć. Po kilku minutach udało się. Wyglądało na to, ze wyszła mi na spotkanie. „Witaj Arcadius”, powiedziała z uśmiechem, ale widać też było zatroskanie. ”Wyczuwam, że coś się stało, nie wydajesz się do końca być sobą.” „Zawsze jestem sobą”, odpowiedziałem uśmiechając się. „Ale masz rację.” Znaleźliśmy miejsce by usiąść i opowiedziałem jej o wszystkim. Spytałem także, czy wie coś na mój temat, ewentualnej misji. „To poważna sprawa, Arcadius, powinni Cię obejrzeć nasi uzdrowiciele. Może uda się z ich pomocą szybciej odblokować Twoje wspomnienia. Powinieneś wiedzieć, że opuściłeś Zakon w nienajlepszych okolicznościach. Podobno udałeś się na jakąś samowolną wyprawę, mówiąc o tym, że Jedi za bardzo angażują się w sprawy wielkiej polityki, zapominając o zwykłych ludziach. Wielu wini nas za wybuch wojny, a Ty zawsze uważałeś, że powinniśmy bardziej skupić się na pomocy zwykłym istotom, a mniej na polityce. Teraz, podobno wręcz żądałeś od mistrzów wycofania się z tego podejścia, celem przywrócenia Zakonowi Jedi dobrego imienia i groziłeś Radzie, że jeśli tego nie zrobią, może powtórzyć się historia z Revanem. Zanim zostałeś ukarany opuściłeś Tython. Jeżeli zdecydujesz się teraz wrócić, musisz liczyć się z czekającą Cię karą.” Skończyła mówić, a ja byłem w szoku. Tego się nie spodziewałem. Nie pamiętałem niczego takiego jak kłótnia z Radą. Nie wiem o jakiej karze myśleli wtedy, ale sytuacja się zmieniła. „Nie dość że uciekłem od kary, okazałem skrajne niepodporządkowanie się, to mój obecny stan wiele zmienia. Teraz, gdy wrócę, mogę zostać nawet usunięty z Zakonu. Nie panuję nad swoimi emocjami, rada może uznać, że nie nadaję się już na rycerza. Mogą odmówić mi pomocy w odzyskaniu pamięci, czy nawet uznać za część kary konieczność oczekiwania na naturalny proces leczenia. Jeśli w ogóle nastąpi. Nie wiem teraz nawet, co zrobiłem później. Może już wtedy straciłem kontrolę nad sobą? Może już wtedy, a nie po wypadku miałem problem z opanowaniem emocji. Może zdradziłem Zakon i teraz czeka mnie za to surowa kara? W takim razie nie powinienem wracać, nawet tego nie pamiętam, nie zasługuję przecież na karę za coś czego nie pamiętam, że zrobiłem!” Ferlinn patrzyła na mnie zaniepokojona. „Arc, nigdy nie widziałam wcześniej, żebyś mówił sam do siebie. Zacząłeś cicho, ledwo mogłam to usłyszeć, uznałam ze trzeba Ci dać chwilę i odeszłam kawałek, ale teraz już krzyczałeś.” Nie miałem o tym pojęcia. Nie wiem kiedy zacząłem. Kolejny dowód na utratę samokontroli. „Potrzebujesz pomocy. Nie zmuszę Cię do niczego, ale uważam, że powinieneś polecieć na Tython. Udam się z Tobą i pomówię z Radą w Twoim imieniu, jeśli zechcesz.” Zaproponowała. „Boję się Ferlinn.” „Wiem, ale ucieczka przed strachem nie jest wyjściem z tej sytuacji. Nie możesz uciekać...” BÓL. Wspomnienia. Przypomniałem sobie te lekcje w świątyni o opanowaniu emocji. Należy je poznać, stawić im czoła i zrozumieć. Nie pozwolić by nami kierowały. „Nie ma emocji, jest spokój. Pamiętam Ferlinn. Stawię temu czoła.” Powiedziałem drżącym głosem. Bałem się nadal, ale czułem, że to właściwe rozwiązanie. „Nie wiem co Rada ze mną zrobi, co zdecyduje. Może pomogą mi, a następnie ukarzą. Może nawet zostanę wygnany z Zakonu. Na pewno w tym momencie nie jestem godny miana Rycerza Jedi. Jeżeli chcę to zmienić, nie osiągnę tego sam. Jedyna szansa w tym, że Rada mi wybaczy. Zaakceptuję każdą karę, nawet jeśli uznają, że powinienem opuścić Zakon. Chciałbym, żebyś mi towarzyszyła, cenię Twoją radę i Twoje wsparcie Ferlinn.”

Niedługo później, razem z Ferlinn udaliśmy się na Tython do Rady. Została ona poinformowana przez Ferlinn o naszym przybyciu, jednak Mistrzyni wolała sama przedstawić szczegóły osobiście. Zdecydowałem, że lepiej będzie pozwolić jej zacząć mówić w moim imieniu, po tym co ostatnio się stało między mną a Radą. Ferlinn spotkała się z nimi, chcąc najpierw przedstawić moją obecną sytuację, oraz prosząc o wysłuchanie tego co mam do powiedzenia. Ja czekałem na zewnątrz komnaty na znak, że mogę wejść. Nie wiedziałem czego się spodziewać, nie wiedziałem, czy w ogóle pozwolą mi zobaczyć się z uzdrowicielami, czy zdecydują o usunięciu mnie z Zakonu. Mieli ku temu wszelkie podstawy: niesubordynacja, mój obecny stan, nie pozwalający mi w pełni korzystać z Mocy, braki w szkoleniu w każdym zakresie. Myślałem o tym, że możliwe iż kiedyś to wszystko do mnie wróci... lub zostanę taki do końca. Nie wiedziałem co się dokładnie stało ostatnio, gdy rozmawiałem z Radą. Co spowodowało, że postanowiłem w ten sposób opuścić Tython? Wiedziałem, że teraz chce zostać. Ferlinn opuściła komnatę z neutralną miną, ale znałem i pamiętałem ją na tyle dobrze, by widzieć wyraźnie zmartwienie. „Rada nie chciała mi niczego powiedzieć o Tobie, ani mnie wysłuchać. Uznali, że będą rozmawiać wyłącznie z Tobą i nic co mogę im powiedzieć, nie zmieni ich decyzji. Nie chcieli nawet usłyszeć tego, w jakim jesteś teraz stanie. Za to chcą wysłuchać Ciebie, ale na Twoim miejscu, sądząc po powadze z jaką mnie odprawili, powinieneś się przygotować na negatywną decyzję.” Byłem tym zdewastowany, widocznie moje ostatnie czyny na Tythonie zostały potraktowane bardzo surowo, być może nawet moja ostatnia rozmowa z Radą była oznajmieniem buntu. Przygotowany na najgorsze wszedłem do komnaty posiedzeń. Przywitał mnie widok zatroskanych twarzy mistrzów, część obecnych tutaj osobiście, a inni byli wyświetlani w postaci hologramów. Nie potrafiłem sobie przypomnieć ich imion. „Że wróciłeś do nas cały i zdrowy cieszymy się. Że wróciłeś tak szybko, nas dziwi. Misja Twoja dużo więcej czasu zająć miała.” Milczałem, zaskoczony. Inny mistrz się odezwał „Czy udało Ci się zdobyć informacje tak szybko? Twoje pozorowane odejście z Zakonu było dla nich aż tak przekonywujące, że nie chcieli poddać Cię dodatkowym próbom?” Nie wiedziałem co powiedzieć. Mistrzowie wyraźnie byli zaskoczeni równie mocno moim milczeniem, co ja ich słowami. „Arcadius, czy w porządku wszystko jest?” Zostałem ponownie zapytany. Opowiedziałem wtedy Radzie wszystko to, co pamiętałem, co powiedziałem wcześniej Ferlinn. Nie ukrywałem niczego, nawet zajścia w alejce na Coruscant. Spotkanie z Gal'iką pominąłem. To... była sprawa osobista. „Rada musi to wszystko przemyśleć Arcadius, ale nie masz się czym martwić. Twoja misja musi zostać zachowana w tajemnicy, na razie nie wolno Ci powiedzieć nikomu o niczym, co dziś tu zaszło. Nawet Ferlinn nie może o niczym wiedzieć. Jeśli sobie coś przypomnisz, powiedz nam o tym. Na razie odpocznij w swojej komnacie, każemy przygotować ją dla Ciebie. Jutro z Tobą porozmawiamy.” „Dziękuję.”, powiedziałem, po czym wyszedłem. Wyglądało na to, że nie miałem się czym martwić, jeśli chodzi o zdradę i urażenie Rady swoim zachowaniem. To była tylko zasłona dymna, dla celów misji. Ciągle nie wiedziałem jaka to misja, ani nie znałem żadnych szczegółów, wiedziałem jednak, że była ściśle tajna i prawie nikt, jeśli ktokolwiek, poza Radą o niej nie wiedział. Nie mogłem ujawnić Ferlinn nic o tym co usłyszałem, więc powiedziałem tylko, że Rada mnie wysłuchała i kazali mi czekać, aż podejmą decyzję. Resztę tamtego dnia spędziłem z Mistrzynią na rozmowach o mojej przeszłości i medytacji. Czułem się, jakbym słuchał opowieści z życia kogoś innego, a nie własnej historii. Przed kolacją dostałem wiadomość, że uzdrowiciele będą na mnie czekać z samego rana, po czym mam się zgłosić do Rady. Ucieszyła mnie ta wiadomość, poczułem dużą ulgę. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, uzdrowiciele - doświadczeni w leczeniu najtrudniejszych przypadków, z wykorzystaniem różnych technik Mocy, jutro pomogą mi wszystko sobie przypomnieć. Ferlinn chciała zostać, ale namówiłem ją do odlotu na Coruscant z samego rana. Nie chciałem jej zatrzymywać, była potrzebna gdzie indziej, a ja czułem, że wszystko się ułoży pomyślnie.

Rano udałem się do komnat uzdrowicieli, zaprowadzono mnie do osobnego pomieszczenia, gdzie czekało na mnie już kilku Mistrzów. Niestety, ich zabiegi nic nie dały. Nie byli w stanie mi pomóc odzyskać pamięci, ani nawet uśmierzyć bólu, który powstawał, gdy próbowałem sobie coś na siłę przypomnieć. Po tym nieudanym epizodzie poszedłem załamany spotkać się z Radą. Została już zawiadomiona, że te wysiłki nie przyniosły żadnego efektu. „Obawialiśmy się, że tak właśnie będzie, Arcadius” usłyszałem od jednego z mistrzów. „Rada uważa, ze względu na Twój obecny stan, że powinieneś zostać na Tythonie i spróbować przypomnieć sobie swój trening. Sądzimy, że Twój stan jest przejściowy. To, że uzdrowiciele nie byli Ci w stanie pomóc, oznacza, że misja częściowo się powiodła i jesteś pod wpływem pewnego artefaktu. Jego to właśnie działanie, w połączeniu z wypadkiem i urazem głowy dało taki efekt.” A więc zapewne moja misja polegała na odnalezieniu i sprowadzeniu artefaktu. Czy został na księżycu? Czy w ogóle był wtedy na statku gdy się rozbiłem? Rada kontynuowała „O szczegółach, nie będziemy teraz mówić, ani o Twojej misji. Jeśli przypomnisz sobie sam - to dobrze. Jeśli nie - im mniej osób o tym wie, tym lepiej. Podczas Twojego pobytu tutaj, postaramy Ci się pomóc przypomnieć wszystko.” Inny mistrz dodał „Sam mówisz, że powoli wszystko to do Ciebie wraca, sądzimy że pobyt w miejscu tak silnym jasną stroną jak Tython przyśpieszy ten proces i cofnie działanie artefaktu. Co do Twojej misji, nikt nie może o niej się dowiedzieć, jeśli sobie coś przypomnisz, najpierw przyjdź z tym do któregoś z nas. Musimy zachować całą sprawę w tajemnicy, tak by nikt nie miał podejrzeń co do prawdziwej natury Twojej wyprawy, gdyż nie wiemy na razie, dopóki sobie tego nie przypomnisz, co udało Ci się osiągnąć. Na pewno byłeś blisko artefaktu, ale nie da się określić jak długo. Sam doświadczasz jego działania, Imperium nie może się o nim dowiedzieć! Rozumiesz konieczność utrzymania sprawy w tajemnicy?” „Tak, rozumiem.” Odpowiedziałem, było to dla mnie oczywiste. Przedmioty tak potężne musiały być utrzymane w tajemnicy, zwłaszcza jeśli obecnie były w innych rękach. „Jeśli się zgodzisz zostać, to powiemy, że wróciłeś na Tython by poddać się karze, a Rada ukarała Cię, poprzez nakaz odbycia ponownie treningu i zakaz opuszczania planety. Da Ci to czas na wyleczenie się, a możliwe, że i późniejsze kontynuowanie misji. Choć to mało prawdopodobne, bo sam powrót tutaj zapewne spalił Twoją przykrywkę.” Po wysłuchaniu decyzji rady, poczułem się szczęśliwy. Tego właśnie chciałem - przypomnieć sobie wszystko i mieć szanse, by znów być dawnym sobą. „Dobrze, dziękuję. Chciałbym zacząć od zaraz.” Następne miesiące upłynęły mi na ponownych treningach i naukach. Udało mi się przypomnieć to, czego się kiedyś jako adept i padawan nauczyłem, wszystkie nauki oraz techniki jakie w swoim życiu poznałem. Zbudowałem ponownie miecz świetlny, nie pamiętam jakiego koloru ostrze było wcześniej, tym razem było błękitne jak niebo nad Tantooine. Niestety, pamięć mi nie wróciła. Nie pamiętałem żadnych szczegółów z tego, kim byłem wcześniej. Rada uznała, że nie muszę ponownie przechodzić prób i uznała mnie pełnoprawnym Rycerzem Jedi. Pamiętam, że miałem wtedy nadzieję, że w przyszłości wrócą wszystkie wspomnienia. Mimo odzyskania pełni kontroli nad sobą, na pewno nie byłem tym, kim byłem wcześniej. Kontrolowanie własnych emocji przestało być problemem, za to stała się nim motywacja by nad sobą panować. Czy wszystkie nauki Zakonu były zasadne? Czy czasem, w wyjątkowych wypadkach nie lepiej posunąć się do ostatecznego rozwiązania problemu, zamiast darować komuś życie i przez to narażać innych? Nie czułem się źle, całując Gal'ikę, wręcz bardzo dobrze. Chciałem przeżyć to ponownie, niekoniecznie z Gal'iką. Nie byłem już pewny tego, co przyniesie przyszłość. Czy wojna z Imperium na nowo wybuchnie? Czy będzie panował ten dziwny pokój? Wiedziałem za to, że nawet, jeśli mój poprzedni, oficjalny powód opuszczenia Tythonu był tylko zasłoną dymną, to było też w nim dużo prawdy. Galaktyka jest zdewastowana w następstwie wojny. Cierpi nie tylko Republika, planety, ale cierpią zwykli obywatele. Jedi są tu, by bronić tych, którzy nie mogą obronić się sami. Rada może i powinna myśleć o wszystkim, na skalę całej galaktyki. Wojna czy Sithowie są zagrożeniem dużej skali, ale nie wolno nam zapominać o tej małej. O kobietach w ciemnej alei, o całych planetach czy księżycach pogrążonych w bezprawiu, o mieszkańcach galaktyki, którzy potrzebują nadziei. Ja na pewno nie zapomnę.


Od Autora:
Wielkie podziękowania dla Remasa, który poświęcił sporo czasu, by sprawić, że wygląda to stylistycznie lepiej niż “na surowo”.